piątek, 4 sierpnia 2017

Zupa brokułowa

W słoiczku na zdjęciu jest samorobna kostka rosołowa.
Można oczywiście użyć "kupnej" ;)



Dzień doberek!

Dzisiaj przedstawiam Wam przepis na moją ulubioną zupę - krem z brokułów. Znalazłam go kiedyś w internetach, trochę go zmodyfikowałam i teraz dość często używam (niestety tylko, kiedy jestem w domu, bo potrzeba do niego blendera, którego w mieszkaniu brak :( ).






Składniki (na ok. 4-5 porcji):
- 2 opakowania mrożonych brokułów lub dwa brokuły
- 2 kostki rosołowe
- 1 cebula
- 1 por
- 1 ząbek czosnku
- ser (najlepiej Edamski)
- dwie kromki chleba

Sposób przygotowania:
1. Jeśli korzystamy ze świeżych brokułów, należy je opłukać zimną wodą, a następnie oddzielić same różyczki. Włożyć brokuły do garnka i zalać wodą. Nie muszą być całkiem przykryte, wystarczy zalać je do połowy. Dodać kostki rosołowe.

2. Por i cebulę drobno pokroić i podsmażyć na patelni razem z rozdrobnionym ząbkiem czosnku.





3. Kiedy brokuły już zmiękną dodać do nich zwartość patelni, a następnie zmiksować blenderem.

4. Odparować (podgrzewać na małym ogniu, ciągle mieszając). Jest to proces długotrwały, dlatego im mniej wody dodamy na początku tym lepiej. Wody nie można wylewać, bo znajduje się w niej cały aromat zupy. Jeśli mamy Thermomix, polecam wstawić na ok. 20 minut - Varoma - obroty 2,5.


5. Jeśli zupa będzie za mało słona (a może być, bo ja soli używam bardzo mało), można w tym momencie dodać soli lub Maggi.

6. Posypać starkowanym serem oraz dodać przygotowane na patelni grzaneczki z chleba.






Nie jest to przepis turbołatwy, jak większość, z któych korzystam, ale nie jest też trudny. Jeśli brokuły się rozgotują - trudno i tak je blendujemy ;) Ogólnie: trudno coś zepsuć. I o to chodzi! :D

Smacznego!

piątek, 16 czerwca 2017

Kiedy zauważam, że chyba jestem już dorosła?

Dzień doberek!

Dzisiaj notka bardziej "przemyśleniowa", ale z przymrużeniem oka.

W październiku wyprowadziłam się z domu, mieszkam sama i o wszystkie sprawy muszę zadbać sama. Kupuję jedzenie tylko dla siebie - jak kupię za dużo, to się zepsuje i muszę wyrzucić. Jak nie kupię nic to chodzę głodna i inne tego typu sprawy. Czasem mam takie chwile, kiedy myślę sobie „Serio? Jesteś aż tak stara, że….

#1 …kupujesz kostki do kibla?”
Podczas jednego z weekendów w domu, tata wysłał mnie do Rossmana po jedzonko dla naszego piesa. Wiedząc, że jego córka nie potrafi(ła) wyjść z drogerii bez pełnego koszyka zbędnych kosmetyków, dofinansował trochę moją wyprawę. Po moim powrocie do domu, spytał: 
- I co tam, Gosieńko? Co cię tym razem zaatakowało?
- No… Kupiłam sobie coś do mieszkania
- Tak? Co?
- No… Kostki do kibla były na promocji…

#2 …chcesz kapsułki do prania?”
Kolejna anegdotka również jest związana z Rossmanem. Przed wyprowadzką, potrafiłam tam wydać wszystkie moje oszczędności. W środku tygodnia dzwoni mama:
- Gośka, chcesz coś z Rossmana, bo akurat jestem?
- Mmmm... Kup mi, mamo kapsułki do prania.
-… A nie chcesz jakiś lakierów? Są teraz superpromocje.
- Nie, mamo. Kapsułki wystarczą.

#3 …cieszysz się z czystej kabiny?”
A właściwie z wolnego czasu, żeby ją wyczyścić. Niedawno znowu się przeziębiłam, przez co nie mogłam pójść na zajęcia ze śpiewu. Co za tym idzie, dostałam od losu jedno WOLNE popołudnie! Co zrobiłam, jako dorosła, rozsądna Małgorzata? Zrobiłam pranie, zmyłam naczynia, sprzątnęłam kuchnię, podlałam kwiaty i wyczyściłam brodzik pod prysznicem, a co jest najgorsze? Że ja autentycznie się z tego cieszyłam.


Wiem, że dla osób posiadających już rodziny i zajmujących się domem na co dzień, ten post pewnie nie ma większego sensu, ale mieszkając do niedawna z rodzicami, nie miałam pojęcia, na przykład ile kosztuje proszek do prania, jak długo przyrządza się pierś z kurczaka, ani nie miałam nawyku sprawdzania skrzynki pocztowej, czy wyrzucania śmieci, bo w domu tym wszystkim zajmował się ktoś inny. Teraz już wiem. Masakra xD


PS: Jestem już po pierwszym egzaminie (w Warszawie) i w tym roku też nie chcieli mnie zobaczyć w drugim etapie. No trudno. W niedzielę znowu wybywam z domu i w poniedziałek walczę o swoje w Krakowie ;) Trzymajcie kciuki!

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Pizza z patelni!

Dzień doberek!

To danie to u mnie ostatnio HIT! Może dlatego, że
1) To pizza, a ja pizzę uwielbiam
2) Jest idiotoodporna w przygotowaniu, czyli dla mnie
3)  Nie wymaga użycia piekarnika, którego nie mam

Wszyscy moi znajomi doskonale wiedzą, że co chwilę ją robię i gorąco polecam. Jak ją przygotować? Będziemy potrzebować:

- 130 g mąki
- 4 łyżki oleju
- 4 łyżki ciepłej wody
- 0,5 łyżeczki soli
- łyżeczka bazylii
- ser i inne dodatki

Do mąki dodać bazylię i wygnieść z dodatkiem oleju i wody. Rozgrzać patelnię w odrobiną tłuszczu. Ciasto rozwałkować (nie za cienko) i położyć na patelni. Podgrzewać około 4 minut (ciasto od spodu musi być całkowicie przypieczone), następnie odwrócić. Posmarować wierzch ketchupem (lub innym sosiwem), przystroić wg uznania (ja zawsze daję cebulę, szyneczkę/salami i paprykę. Dodać starkowanego sera i przykryć. Po tym, jak ser się roztopi (ok. 4 minut), pizza jest już gotowa. Proponuję zrobić do tego sos czosnkowy (jogurt naturalny, szczypta soli, ząbek czosnku, zioła prowansalskie).


Smacznego! :*

niedziela, 28 maja 2017

Co tam z egzaminami?

Dzień doberek!


No jak to, co? Podchodzę! Co więcej: mam już wszystkie teksty (oprócz jednego) i wysłałam pierwszą teczkę. Wszystko jest na dobrej drodze :)

Znowu podchodzę do egzaminów we wszystkich szkołach państwowych, a więc: Łódź, Warszawa, Wrocław i Kraków. Zobaczymy, jak mi pójdzie. Mam za sobą cały, kolejny rok pracy w Gdańskiej Szkole Artystycznej. Chodziłam na teatr i akrobatykę. Miałam też indywidualne zajęcia ze śpiewu. W dodatku: ja już tam byłam, a zjawią się całe tłumy ludzi, dla których to będzie pierwszy raz :P Jestem ciekawa, jak to będzie w tym roku. 

Zmieniły się wymagania odnośnie tekstów. W Krakowie chcą znacznie mniej, niż w zeszłym roku, ale doprecyzowali też, jakich fragmentów prozy oczekują, więc w rezultacie, zamiast 16 tekstów, przygotowuję 17. A dokładniej:

- 3 wiersze klasyczne (renesans, romantyzm, 20-lecie)
- 3 wiersze współczesne
- proza staropolska
- proza XIX wieku
- dwie prozy XX wieku (brakuje mi jednej, ma ktoś jakiś pomysł? proooszęęę!)
- proza XXI wieku
- monolog ze światowej sztuki klasycznej wierszem
- monolog z polskiej sztuki klasycznej wierszem
-  4 piosenki (w tym jedna ludowa)

Nie wiem jeszcze, czy będę pisała podsumowanie po egzaminach tak, jak w zeszłym roku. Jeśli znowu odrzucą mnie na pierwszym etapie to pewnie nie. Ale jeśli uda mi się zajść gdzieś dalej…. ;)


Miłego wieczoru! :*

PS: Jeśli ktoś ma ochotę poczytać o moich zeszłorocznych zmaganiach, to zapraszam: Łódź (klik), Warszawa (klik), Kraków (klik), Wrocław (klik) :))

środa, 24 maja 2017

Gryzik, czyli po prostu: kaszka manna

Dzień doberek!

Wracam po raz kolejny po przydługiej przerwie, po raz kolejny mając nadzieję, że uda mi się zachować (przynajmniej na jakiś czas) pewną konsekwencję. Mam dla Was kilka tematów kulinarnych, ale pojawi się też coś o moich egzaminach i parę przemyśleń.
Dzisiaj seria: Małgorzata Gotuje :D

Duża część z nas pamięta i kojarzy kaszkę manną z okresem dzieciństwa i nie wyobraża sobie, żeby teraz powrócić do tego posiłku. Okazuje się jednak, że niesłusznie. Kaszka jest bardzo lekkostrawna, a więc uzupełniona o owoce idealnie nadaje się jako jeden z posiłków zbilansowanej diety. Oprócz tego zawiera witaminy B1, B2, PP, B6, kwas foliowy, potas, żelazo, magnez i jod (!).

Jak ja ją przygotowuję? Według przepisu mojej ukochanej babci (która, właśnie mówiła na kaszkę manną „gryzik”). Wychodzi ona bardzo gęsta. 
Oto składniki:
- 0,5 l mleka
- 10 łyżek kaszki manny błyskawicznej
- 4 łyżki cukru
- 1 jajko

Mleko wlać do garnka, dodać cukier. Po zagotowaniu dodać kaszkę i mieszać przez ok. 3 minuty. (Uwaga! Naprawdę, trzeba to cały czas mieszać, bo łatwo przywiera do dna garnka). Kaszka manna musi porządnie stężeć. Dodać roztrzepane jajko. Zamieszać. Rozlać do miseczek.

 
Przepis można dowolnie modyfikować – dodać mniej cukru, dodać miodu zamiast cukru, dodać mniej kaszki i tak dalej i tak dalej. W internecie można też znaleźć przepisy bez użycia jajek i mleka – dla każdego coś dobrego. Ale warto spróbować! Moja wersja obejmuje dwie sycące porcje. Można podawać z dżemem, owocami, lub jeść bez niczego.


Smacznego!! <3

niedziela, 5 marca 2017

Tajniki DIY - Red Lipstick Monster

Dzień doberek!

Moja koleżanka ze studiów (dzięki, Angelika! :*) pożyczyła mi jakiś czas temu książkę Tajniki DIY Ewy Grzelakowskiej - Kostoglu znanej szerszej publiczności jako Red Lipstick Monster.


Póki co, jedynie bardzo dokładnie ją przejrzałam i porobiłam sobie foteczki przepisów, które najbardziej mnie zainteresowały. A zainteresowała mnie najbardziej część o domowych kosmetykach. Jest tam dużo pomysłów na samorobne olejki do demakijażu, balsamy, peelingi i odżywki do włosów. Szczerze mówiąc nigdy nie przemawiało do mnie nakładanie sobie jedzenia na włosy (wiem, że to pewnie głupie, bo podejrzewam, że te maseczki pewnie działają cuda, ale jakoś jeszcze się nie przekonałam), ale bardzo zainteresowały mnie wody - różana i z zieloną herbatą. Te dwa przepisy na pewno wypróbuję.


Część DIY dotycząca samorobnych kubków, ubrań itd. nie porwała mnie, ale wydaje mi się, że to dlatego, że robiłam już trochę takich rzeczy więc wszystkie pomysły z działów DIY na Pinterest, Instagramie i We Heart It są mi dobrze znane :P. Ale myślę, że jeśli ktoś dopiero zaczyna swoją przygodę z DIY, na pewno znajdzie tam dużo inspiracji.


Co jeszcze mnie urzekło? Zjęęęciaaa!!! *.* Są takie piękne, kolorowe i estetyczne, omg! Dam Wam tutaj małą próbkę, choćby w postaci wnętrza okładki - toż to cudo! <3.



Widzieliście już tę książkę? Lubicie Red Lipstick Monster?

Życzę miłego dnia! :*

niedziela, 26 lutego 2017

Czy tylko negatywne wydarzenia mogą nas czegoś nauczyć?

Dzień doberek!

Dzisiaj kolejny z tematów - rozkminiaczy. Jakiś czas temu zadała mi to pytanie moja bliska znajoma (trzymkaj się, Ania :*) i stwierdziłam, że może ciekawe będzie o tym napisać ;)

Według mnie, odpowiedź brzmi: nie. Wydaje mi się, że każde mocne, zapadające w pamięć zdarzenie w naszym życiu zostawia w nas jakiś ślad i jakoś nas kształtuje. Mam tu na myśli zarówno te pozytywne, jak i negatywne momenty.

Na przykład: jeśli osiągnęłam jakiś sukces, coś nad czym długo pracowałam udało się i opłaciło, to podbuduje to moją wiarę w siebie i ugruntuję się w przekonaniu, że ciężka praca popłaca.

Z drugiej strony jednak, myślę, że te negatywne wydarzenia uczą nas skuteczniej. Bo kiedy w życiu jest dobrze, kiedy wszystko się udaje, to często nie doceniamy swojego szczęścia. Ale kiedy je stracimy... wtedy kolejny jego przebłysk zauważymy ze zdwojoną mocą. Upadki bolą, a ludzie wolą unikać bólu (zazwyczaj), dlatego chcą unikać kolejnych.

Ja w ubiegłym roku dość silnie doświadczyłam oddziaływania negatywnych wydarzeń na człowieka, a nauki, które z nich wyciągnęłam bardzo dużo mi dały i już zdążyłam z nich skorzystać.

A co Wy myślicie na ten temat? Odzywajcie się w komentarzach, bo bardzo interesuje mnie, co tam sobie myślicie na te różne "życiowe" tematy ;)

PS: Foteczki pochodzą z mojego pobytu w  Bergen, w Norwegii.

piątek, 17 lutego 2017

Krafftówna w krainie czarów

Dzień doberek!

Niedawno skończyłam czytać przewspaniałą książkę – Krafftówna w krainie czarów. Jest to rozmowa wspaniałej polskiej aktorki Barbary Krafftówny z dziennikarzem Remigiuszem Grzelą. Kim ona jest? A widzieliście kiedyś Czterech pancernych? A kojarzycie dziewczynę Gustlika? Grała ją właśnie pani Basia :D. Dlaczego ta książka zrobiła na mnie tak ogromne wrażenie? Już piszę!

Poruszony temat
W książce – rozmowie, Barbara Krafftówna opowiada o swoim barwnym życiu. Od dzieciństwa w międzywojniu przez trudne doświadczenia drugiej wojny światowej, początki aktorstwa w szkole Galla, zakładanie Teatru Wybrzeże i pierwsze spektakle, po pracę w kolejnych teatrach polski, później także w telewizji i wyjazd do Stanów Zjednoczonych. Wszystko przeplatane jest mnóstwem anegdotek, a także dodatków pana Remigiusza Grzeli – wspomnień znajomych pani Barbary, wycinków z gazet i fragmentów krytyki                                                                 teatralnej.

Krafftówna uczyła się warsztatu i występowała w teatrach i telewizji w całkowicie innych czasach. Marzę o tym, żeby poziom i jakość przygotowywanych obecnie filmów, seriali, spektakli i kabaretów były takie, jak wtedy. Kabaret Starszych Panów…. bardzo bym chciała, żeby tego typu rozrywka powróciła do telewizji.

W opowiadaniach pani Basi przewijają się wielkie nazwiska polskiej sceny artystycznej – Kalina Jędrusik, Jonasz Kofta, Gustaw Holoubek i wiele, wiele innych. Części z nich nie znałam, dlatego czytając tę książkę siedziałam z tabletem i googlowałam każde napotkane nazwisko. Teraz już je znam :))
 

Temat aktorstwa
Dla mnie bardzo ważną częścią tej książki jest, oczywiście, aktorstwo. Mam na myśli warsztat i styl pracy z rolą i postaciami pani Basi. To fascynujące, jak różniło się podejście do kształtowania roli. Na przykład: dla Barbary Krafftówny bardzo ważnym i nieodłącznym elementem budowania postaci jest kostium i… peruka (!). Elementy, które teraz w teatrze sprowadza się do minimum, a peruki używa chyba tylko w operze i teatrach dla dzieci, wtedy były na porządku dziennym. Co ciekawe, pani Barbara, wychowując się w ciężkich czasach, umiała doskonale szyć, robić na drutach i szydełkować, dlatego często modyfikowała, a nawet sama tworzyła swoje stroje sceniczne.

Bardzo przyjemnie czytało się też najróżniejsze opowiadania ze światka teatralno-telewizyjnego. O współpracy z Kutzem, Dejmkiem, Wajdą, Swinarskim. To niesamowite, z jakimi ludźmi, z jakimi legendami i w jakich czasach pracowała pani Basia. 

Osoba Barbary Krafftówny
Krafftówna ma w sobie tę starą klasę, która już powoli wymiera. Niektóre tematy taktownie owiewa tajemnicą milczenia, rzadko kiedy przeklina, w stosunku do innych ludzi charakteryzuje się szacunkiem i bardzo sympatycznym nastawieniem. Wydaje się pogodną, pozytywną kobietą. Przy tym, często dowodzi, że jest też szalona, lubi żartować, śmiać się i dobrze bawić.

Na początku, kiedy opowiada o czasach około wojennych i tych zaraz po wojnie, przenosi nas w świat ciężko pracującej za dnia aktorki, która jest częścią nowo formującej się, młodej grupy teatralnej, a wieczorami ucieka reżyserowi (w roli strażnika) i flirtuje z chłopakami poznanymi na dansingach.

Styl książki
Kiedy stałam w księgarni i zastanawiałam się, którą biografię wybrać, zauważyłam, że zarówno Grzela, jak i Krafftówna zwracają się do siebie per pan, per pani. Było w tym czuć taki stary szyk, kulturę dżentelmenów i eleganckich dam. To było po prostu przeurocze.
Oprócz tego, książka jest wydana w pięknym, starym stylu – czarno-białe zdjęcia, herbaciane róże w roli ozdobników. Uwielbiam <3.

Myślę, że książka przypadnie do gustu zarówno osobom uwielbiającym ten stary styl, marzącym o powrocie czasów dżentelmenów, fraków, eleganckich spotkań i noszenia długich rękawiczek do sukienek, jak i fanom biografii (książka napisanie jest wyjątkowo przystępnie i ciekawie), a także  wielbicielom teatru i przyszłym aktorom. Serdecznie polecam!!!


środa, 8 lutego 2017

Co motywuje mnie, żeby przebrnąć przez poniedziałek?


Dzień doberek!


Dzisiaj mam dla Was coś innego, niż zwykle. Nick Vujicic (jak ktoś nie zna, to niech KONIECZNIE pozna!) ogłosił na swoim profilu konkurs dla bloggerów. Podał trzy tematy, na które trzeba napisać notkę i przesłać do oceny. Jeszcze nie wiem, czy zdecyduję się przetłumaczyć post i wysłać na konkurs, ale clue jest takie, że tematy mnie zainteresowały i chciałabym je zrealizować na swoim blogu.

Pierwszy: What motivates you to get trough your Monday?


Szczerze powiedziawszy, nigdy nie miałam szczególnych problemów z poniedziałkami. Jako naczelnemu śpiochowi RP, codziennie jest mi ciężko zwlec się z łóżka, ale pojmuję ten temat trochę szerzej. Myślę, że pod "my Monday" mogę wrzucić wszystkie momenty, kiedy tak po prostu jestem zmęczona, nie chce mi się działać, kiedy nie mam ochoty na nic albo kiedy nie chcę wyjść ze swojej strefy komfortu - jest mi tak dobrze, że chcę tu zostać. A przecież pozostając w strefie komfortu nie rozwijamy się.



Co więc motywuje mnie, aby z takiego stanu się wydostać? Nic. Po prostu zaczynam działać. Nie chodzi mi o motywację do osiągnięcia celu, ale o sposób przeskoczenia takich małych, bezsensownych dołków. Brzmi śmiesznie, no bo, skoro komuś nie chce się działać, to jak ma zacząć. A no najzwyczajniej w świecie. Chodzi mi o to, że czasami jak ma się takiego doła, że nie chce się nawet wstać z łóżka, czy podnieść z krzesła to trzeba zacząć od małych rzeczy, niewiele się zastanawiając nad ich sensem. Najpierw wstać i zrobić sobie herbatę, potem może coś obejrzeć w internecie, czy poczytać, wtedy pójść coś załatwić i z rozpędu zacząć rozwiązywać poważniejsze sprawy. Mam tak, że jak zacznę działać, to już działam. Najtrudniej jest właśnie zacząć.


Taki przykład. Uwielbiam spać. Jeśli bym mogła, spałabym po 11 godzin na dobę. Codziennie. Kiedy mam wolne, tak jak teraz, staram się odpoczywać właśnie w ten sposób, wypełniając braki snu, ale nie chcę przesadzać, żeby się nie rozleniwić. Wiem, że po 9-10 godzinach też jestem wyspana, więc tak ustawiam sobie budziki. I dopóty, dopóki tylko przestawiam budzik o kolejne 15 minut, nie wstanę. Nie ma opcji. Nad ranem mam najlepsze sny, to po co wstawać!? Ale jak już raz się przekonam i włączę WiFi, zacznę półotwartymi oczami przeglądać FB, Snapa, Insta, to za chwilę się trochę rozbudzę i będę potrzebowała pójść do toalety. No jak już tam będę to umyję zęby, no a jak już wstałam to zrobię śniadanie. Podczas jedzenia obejrzę sobie 1-2 filmiki na YT no i wtedy już się z powrotem nie położę. To od razu załatwię jakieś okołoharcerskie sprawy, zapłacę rachunki, zadzwonię do rodziców, posprzątam mieszkanie i już się dalej potoczy. Wtedy można już zacząć pisać notkę na bloga albo wkuwać teksty.



A więc najważniejsze to wstać z łóżka i zacząć. Od drobnych rzeczy, pomalutku. A jak już się wpadnie w wir robienia to pójdzie z górki. Przynajmniej u mnie to tak działa. A z tego, co pamiętam, Regina Brett, w jednej ze swoich książek też o tym pisała. Więc coś w tym chyba jest.


Mam nadzieję, że komuś to coś dało. Dajcie znać w komentarzach, co myślicie o takich postach? Jak Wy motywujecie się w poniedziałki?

PS: Zastanawia się ktoś, co to za foteczki? To Połonina Wetlińska i okolice. Temat, który dzisiaj poruszyłam nie jest łatwy do zobrazowania jakimiś zdjęciami, a nie może być tak smutno-be-zdjęciowo. Góry kojarzą mi się z osiąganiem jakiś celów. A, że wstanie z łóżka nie jest zbyt wygórowanym celem, to wybrałam zdjęcia z Bieszczad ;P Jest w tym jakaś logika? :D

niedziela, 5 lutego 2017

Wysokie Obcasy - Światem rządzą kobiety!

Dzień doberek!

Ostatnio, kiedy jechałam do Gdyni spotkać się z przyjaciółkami (lovki, Kasia, lovki, Asia <3), wychodząc z domu zapomniałam wziąć czegoś do czytania. Było już po sesji, więc nie musiałam czytać niczego poważnego na Dramat antyczny ani na Literaturę staropolską - chciałam coś lekkiego. Na dworcu w Oliwie przystanęłam więc przy kiosku i zaczęłam przeglądać okładki. Jedna przykuła moją uwagę. Były na niej Michelle Obama i Meryl Streep i tytuł "Światem rządzą kobiety". Biorę!


Okazało się, że gazeta kupiona całkowicie przypadkowo jest NAPRAWDĘ ciekawa. Póki co, przeczytałam artykuły o kobietkach z okładki, a także o Beyonce, Królowej Elżbiecie II i Serenie Williams. W każdej historii znalazłam jakąś śmieszną ciekawostkę, wzruszający fragment, ale przede wszystkim: bardzo inspirującą historię KOBIETY. Jakie przeciwności musiały pokonać Obama, Beyonce i Williams, nie tylko ze względu na swoją płeć, ale i kolor skóry, jakie przeszkody napotkała w swoim życiu Elżbieta II, jakim stereotypom nie poddała się Meryl Streep.


Oprócz bardzo znanych postaci są też mniej znane. Wszystkie 25 pań jest podzielonych na Ikony, Liderki i Wizjonerki. W kolejnych artykułach pojawia się m.in. J.K Rowling, Angela Merkel i Theresa May. Myślę, że będzie to ciekawa, inspirująca lektura dla każdej kobiety, dla każdej dziewczyny, a fanki występujących tam postaci mogą dowiedzieć się kilku ciekawych faktów na ich temat. Gorąco polecam! :D


środa, 25 stycznia 2017

Kolęda ;D

Dzień doberek!

Sesja tuż-tuż. Pierwszy egzamin już za mną. Historia teatru powszechnego: okres antyczny - piąteczka :D
W krótkiej przerwie w przygotowaniach na kolejne dwa egzaminy, chciałabym się z Wami podzielić
taką śmiszną anegdotką.

W ten weekend pierwszy raz przyjmowałam kolędę. I to nie jedną, ale dwie – w sobotę w domu, a w niedzielę w mieszkaniu. Pierwsza poszła ok. Brat wysprzątał i przygotował całe mieszkanie, ja jak przyjechałam tylko ustawiłam ładnie miseczkę z wodą święconą, kropidło, krzyż i świeczki (zrobiłam taką śliczną foteczkę na Snapa i jej nie zapisałam i teraz mi smutno z tego powodu...). Ksiądz zaczynał chodzić o 16, nasza ulica była w rozpisce na końcu, więc przyszedł koło 19:30.

Śmieszki zaczęły się w niedzielę. Ksiądz zaczynał chodzić o 15. Znowu – moja klatka była na którymś miejscu z kolei, więc jak przyjechaliśmy pod blok parę minut po 15, nie stresowaliśmy się tym za bardzo. Brat przywiesił mi lustro, które już dawno temu spadło z kołka, zaniósł mi do mieszkania nowe półeczki i parę innych rzeczy. Zabrałam z domu biały obrus, eleganckie świeczniki, szklany krzyż i kropidło, żeby przyjąć księdza ładnie, nie jak typowy student. W pewnym momencie (ja w polarku, brat w dresie, w mieszkaniu lekki nieogar) do mieszkania dzwoni ministrant i pyta, czy przyjmuję kolędę.

- Tak, oczywiście. A kiedy będzie ksiądz?
- Za chwilę.
- A dokładniej?
- Za jakieś 5 minut.

Nie pomyślałam, że w większych parafiach (którymi zdecydowanie są gdańskie parafie) po kolędzie chodzi dwóch księży, nie jeden. Moja klatka była więc tego dnia pierwsza, a nie trzecia xD
Wpadam do mieszkania porządkujemy z bratem na szybkości całą 22- metrową przestrzeń, składam łóżko, przygotowuje stół, łapie za drzwi szafki, żeby zmienić koszulkę obozową na jakąś ładną koszulę i słyszę od progu „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”. No tak…..

I przyjęliśmy z bratem drugą kolędę w ten weekend. Typowo po studencku, ale ksiądz cieszył się, że mamy wodę święconą, że jest krzyż i świece. Przede wszystkim: cieszył się, że w ogóle go przyjęliśmy. Po modlitwie i pobłogosławieniu mieszkania przyszedł czas na rozmowę. Spytał, co robimy, skąd jesteśmy, opowiedział o swojej parafii i działalności domu opieki dla osób starszych. Byłam mile zaskoczona jego podejściem. Spytał, ile nas jest w domu, wspomniał o swoim domu rodzinnym, potem okazało się, że też studiował na UG. Na koniec, oczywiście nie chciał wziąć ode mnie żadnej koperty „od studentów nie biorę, nie ma takiej możliwości” i poszedł.

Miało być superelegancko i na 100 procent, a było tak 50. Ale było i to najważniejsze.


Miłego dnia! :*

piątek, 13 stycznia 2017

Wrocław, wrzesień 2016 :)

Dzień doberek! 

Dzisiaj mam dla Was wspominkową notkę oraz pełen słońca i ciekawych miejsc filmik. We wrześniu wybrałam się z moimi przyjaciółkami (love Asia, love Kasia <3) na parę dni do Wrocławia. Byłyśmy tam co prawda na wycieczce szkolnej, ale wtedy cały czas była brzydka pogoda i nie zdążyłyśmy wszystkiego zwiedzić. Więc wróciłyśmy! :D


Przez te kilka dni we Wrocławiu było GORĄCO, więc przedpołudnia spędzałyśmy raczej w muzeach. Pierwszego dnia wybrałyśmy się do Hydropolis. Jest to stała wystawa edukacyjna dotycząca wody - od jej znaczenia we wszechświecie, przez stworzenia oceaniczne, legendy o potworach, przez jej funkcje w życiu człowieka na statkach kończąc. Jest to miejsce, które odczarowuje stereotyp nudnego, smutnego muzeum. Część eksponatów jest interaktywna, a przez połowę zwiedzania, przenosimy się w świat głębi oceanicznej. *.*

Paskudnik żyjący pod wodą, rzeźba i porównanie współczesnego kontenerowca i Santa Marii
Potem udałyśmy się do Pierogarni na Rynku (klik) na przeeepyyyszneee pierogi z pieca <3. Serdecznie polecam to miejsce - pierogi i desery rządzą. Wieczorem chciałyśmy się wybrać na pokaz multimedialny do Wrocławskiej Fontanny obok Hali Stulecia, ale wcześniej przespacerowałyśmy się po Rynku. To, co dzieje się tam wieczorami jest niesamowite - tańczący z ogniem, piosenkarze, muzycy, chłopak grający na garnkach jak na perkusji, żonglerze itd. itd. Małe co nie co zobaczycie na filmiku ;)

No i na zdjęcie załapał się
 już tylko deser :P

Drugiego dnia przed południem udałyśmy się do Muzeum Uniwersytetu Wrocławskiego. Tam też było ciekawie! Na wystawach są niepowtarzalne eksponaty z zakresu różnych nauk - literatury, medycyny, nauk przyrodniczych, astronomii itd. Myślę, że warto odwiedzić to miejsce. W tym budynku jest także Oratorium Marianum - pięknie zdobiona sala muzyczna z zachwycającym sufitem. 

Wystawa w Muzeum Uniwersytetu Wrocławskiego

Zdobienia w Oratorium Marianum
Następnie spacerkiem przemieściłyśmy się na Ostrów Tumski i poszłyśmy do Ogrodu Botanicznego. Na poprzedniej wycieczce do Wrocławia byłyśmy w Ogrodzie Japońskim i stwierdziłyśmy, że jest zdecydowanie bardziej efektowny i te 5 zł za wejściówkę mogłyśmy lepiej spożytkować, np. wchodząc na wieżę widokową w niedalekiej okolicy... Ale! Byłyśmy, zobaczyłyśmy, raczej nie wrócimy ;)

Po prawej jest rzeźba pod tytułem "Anioł". Więcej ujęć z Ogrodu Botanicznego w filmiku :)

Ostatniego dnia z rana pognałyśmy do Muzeum Miejskiego w Ratuszu, ale nie byłyśmy zachwycone. Szkoda, że muzeum w najważniejszym punkcie turystycznym miasta jest tak słabe. Nie umywa się do Muzeum Ossolińskich (byłyśmy tam z klasą), czy Muzeum Uniwersytetu... Ale mają fajne lustro do selfies! :D


Wtedy poszłyśmy do księgarni!!! Na Rynku, zaraz obok Instytutu Grotowskiego (moja dusza WoTowca się jara) jest Księgarnia Tajne Komplety. Właściwie to nie tylko księgarnia, ale też czytelnia i kawiarnia (można kupić kawę, herbatę albo jakiś zimny napój). Są tam różne ciekawe, nietypowe, niespotykane nigdzie indziej książki, a także dużo pozycji po angielsku i w różnych innych językach. Polecam :)

Wiecie, że Wrocław jest miastem krasnoludków? Na każdym rogu jakiś siedzi, leży albo stoi :D

Wtedy przyszedł czas na Panoramę Racławicką. Byłam tam w gimnazjum i wtedy nie zrobiła na mnie wrażenia, ale teraz rozumiem mojego znajomego (pozdrowienia, Jasiek :*), który mówi, że za każdym razem widzi tam coś nowego. Można by się gapić, gapić, gapić i podziwiać całymi godzinami. Obowiązkowy punkt!


Jednym z ostatnich punktów podczas naszego pobytu we Wrocławiu był spacer wokół Pergoli obok Hali Stulecia, a także wizyta w ZOO i Afrykanarium *.* Ostatnie miejsce zrobiło na mnie duże wrażenie - ogromne akwaria z egzotycznymi rybami, hipopotamy, ptaszki i mnóstwo innych zwierzątek. 


Ostatnim etapem podróży był oczywiście powrót do domu. Pociągiem. Ale nie byle jakim! Asieńka w dzień powrotu (jechałyśmy w nocy) szła do pracy, więc postanowiłyśmy się szarpnąć i wybrałyśmy przedział sypialny. WOW! Nie wiedziałam, że w naszym kraju jeżdżą takie pociągi! W przedziale były trzy łóżka, na każdym białe prześcieradło, kołderka i poduszka powleczone w poszewki. Do tego ręczniczki i mydełka dla każdej z nas. W rogu umywalka (!), nad nią szafeczka, a w środku trzy butelki wody i trzy muffinki. Oprócz tego wieszak na każdą kurtkę, półeczki i indywidualne lampki nad każdym łóżkiem. Do Gdyni dotarłyśmy świeże i wypoczęte :))


Dajcie koniecznie znać, jak podoba Wam się filmik! :)
Udanego weekendu! Ja wybieram się jutro na ściankę wspinaczkową z harcerzami z mojej drużyny, więc zapowiada się ciekawie. Tym bardziej, że tym razem mam zamiar się powspinać :P