Dzień doberek!
Dzisiaj mam dla Was małą dawkę pozytywnego myślenia!
... ale, żeby zrozumieć mój przekaz, trzeba dotrwać do końca ;)
Trzeciego października nie należał do najbardziej udanych dni w
moim życiu. Z samego rana pobiegłam na inaugurację roku akademickiego. Z racji
zaskakująco dobrych wyników na maturze, byłam pierwsza na liście studentów
mojego kierunku i musiałam wziąć udział w najbardziej uroczystej części tego
święta. Byłam jednak lekko przerażona, bo w rzędzie „najlepsi studenci I roku”
nie było nikogo! Spośród około 20 wyczytanych nazwisk, przed sceną pojawiło się
jakieś dziesięć osób. Masakra. Sama uroczystość – spoko. Mój udział w niej –
tragedia.
Poprzedniego dnia wróciłam późno w nocy do domu i miałam
zamiar zdrzemnąć się pomiędzy rozpoczęciem, a zajęciami teatralnymi, ale nic z
tego. Kiedy w mojej mikroskopijnej łazience, nachylona nad lustrem, zmywałam
szminkę z ust, poczułam, że coś kapie mi na łydkę. Odwracam się, a tam z sufitu leci sobie woda i cieknie po rurach aż na ziemię. Dzwonię do właściciela
mieszkania – nie odbiera. Biegnę (tak, żeby nie usłyszał mnie mój 87-letni
sąsiad) na górę, zobaczyć co się dzieje i gdzie słyszę szum wody? Za drzwiami
zaklejonego taśmami mieszkania, w którym nikt nie mieszka.

Ostatecznie udało mi
się wyrwać na zajęcia, na które miałam iść. Biegnę na tramwaj i czekam. Czekam. Tramwaj spóźnia się już pół godziny, więc dzwonię do centrali. "
Była spora awaria, która trwała 50 minut, więc niech pani spodziewa się tramwaju dopiero za jakieś 10 minut". OK. Na pierwsze zajęcia w tym roku spóźniłam się całe 40 minut.
Po nich, musiałam czekać na tramwaj 20 minut, a był to
tydzień wichur i deszczu na Pomorzu, więc przyjemne to to nie było….
W międzyczasie okazało się, że plan zajęć, który uznałam za swój, jest nieaktualny i do swojego domu będę mogła pojechać dopiero w piątek, a nie – jak planowałam – we wtorek. Oprócz tego wybrany przeze mnie fakultet, w nowej wersji planu, pokrywał się z moimi poniedziałkowymi zajęciami teatralnymi i musiałam z niego zrezygnować.
Było mi mega smutno, ale jeden SMS od mojej przyjaciółki (love, Kasia
<3) był
kropelką, która zaczęła drążyć skałę. Nie mogę przywołać jego treści, gdyż
mogłaby kogoś obrazić, ale… rozśmieszył mnie. I tak, jadąc sobie w kierunku
mieszkania, zaczęłam powoli analizować ten okropny dzień. Pod zjedzeniu
kolacyjki, spisałam sobie na kartce, co było fajnego w ciągu tego dnia.
- Dostałam swoją własną legitymację studencką!
- Brałam udział w pięknej uroczystości. Widziałam
ślubowanie młodych doktorów, słyszałam zabawny wykład o Sienkiewiczu i, jakby
na to nie patrzeć, spotkał mnie spory zaszczyt – byłam wyróżniona na
inauguracji roku akademickiego!
- Jednak zdążyłam na zajęcia teatralne!
- Były super!
- Porozmawiałam trochę z moją mamą i popisałam z
przyjaciółką.
- Zjadłam Pesto, o którym myślałam od kilku dni!
- Hydraulik uporał się z naprawą wszystkiego w ciągu tych kilku godzin, kiedy mnie nie było

Ktoś może powiedzieć, że to takie małe rzeczy, takie nic nieznaczące.
To prawda, są małe, ale jeśli zaczniemy je ignorować i nie będziemy doceniać to
bardzo szybko obróci się to przeciwko nam samym. Trzeba dostrzegać pozytywne
strony tego świata. Wyszukać je choćby na siłę – tak, jak ja w ubiegły
poniedziałek – ale wyszukać!
To nie są puste frazesy, bo to naprawdę od nas
zależy, jak będziemy postrzegać otaczający nas świat. Oczywiście, mogłabym
marudzić przez najbliższy tydzień, jak to mi źle i jak to mi cały poniedziałek
zepsuł resztę tygodnia… Ale po co? Stało się coś strasznego? W sumie to nie... A czy
stało się coś przyjemnego? Zdecydowanie. I tego się trzymajmy :)
Życzę Wam miłego wieczoru i dużo optymizmu na każdy dzień, a
ja tymczasem, jako świeżo upieczony Słoik idę podgrzać pomidorówkę od mamy
<3.
Źródła obrazków: www.leadershipwithsass.com, anotherexilefromparadise.wordpress.com, www.rocknrollbride.com