Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biegiem do marzeń. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biegiem do marzeń. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 czerwca 2017

Kiedy zauważam, że chyba jestem już dorosła?

Dzień doberek!

Dzisiaj notka bardziej "przemyśleniowa", ale z przymrużeniem oka.

W październiku wyprowadziłam się z domu, mieszkam sama i o wszystkie sprawy muszę zadbać sama. Kupuję jedzenie tylko dla siebie - jak kupię za dużo, to się zepsuje i muszę wyrzucić. Jak nie kupię nic to chodzę głodna i inne tego typu sprawy. Czasem mam takie chwile, kiedy myślę sobie „Serio? Jesteś aż tak stara, że….

#1 …kupujesz kostki do kibla?”
Podczas jednego z weekendów w domu, tata wysłał mnie do Rossmana po jedzonko dla naszego piesa. Wiedząc, że jego córka nie potrafi(ła) wyjść z drogerii bez pełnego koszyka zbędnych kosmetyków, dofinansował trochę moją wyprawę. Po moim powrocie do domu, spytał: 
- I co tam, Gosieńko? Co cię tym razem zaatakowało?
- No… Kupiłam sobie coś do mieszkania
- Tak? Co?
- No… Kostki do kibla były na promocji…

#2 …chcesz kapsułki do prania?”
Kolejna anegdotka również jest związana z Rossmanem. Przed wyprowadzką, potrafiłam tam wydać wszystkie moje oszczędności. W środku tygodnia dzwoni mama:
- Gośka, chcesz coś z Rossmana, bo akurat jestem?
- Mmmm... Kup mi, mamo kapsułki do prania.
-… A nie chcesz jakiś lakierów? Są teraz superpromocje.
- Nie, mamo. Kapsułki wystarczą.

#3 …cieszysz się z czystej kabiny?”
A właściwie z wolnego czasu, żeby ją wyczyścić. Niedawno znowu się przeziębiłam, przez co nie mogłam pójść na zajęcia ze śpiewu. Co za tym idzie, dostałam od losu jedno WOLNE popołudnie! Co zrobiłam, jako dorosła, rozsądna Małgorzata? Zrobiłam pranie, zmyłam naczynia, sprzątnęłam kuchnię, podlałam kwiaty i wyczyściłam brodzik pod prysznicem, a co jest najgorsze? Że ja autentycznie się z tego cieszyłam.


Wiem, że dla osób posiadających już rodziny i zajmujących się domem na co dzień, ten post pewnie nie ma większego sensu, ale mieszkając do niedawna z rodzicami, nie miałam pojęcia, na przykład ile kosztuje proszek do prania, jak długo przyrządza się pierś z kurczaka, ani nie miałam nawyku sprawdzania skrzynki pocztowej, czy wyrzucania śmieci, bo w domu tym wszystkim zajmował się ktoś inny. Teraz już wiem. Masakra xD


PS: Jestem już po pierwszym egzaminie (w Warszawie) i w tym roku też nie chcieli mnie zobaczyć w drugim etapie. No trudno. W niedzielę znowu wybywam z domu i w poniedziałek walczę o swoje w Krakowie ;) Trzymajcie kciuki!

sobota, 31 grudnia 2016

Nowy Rok!

Dzień doberek!

Z okazji rozpoczęcia Nowego Roku, chciałabym Wam złożyć najserdeczniejsze życzenia <3

Przede wszystkim: dużo zdrowia i szczęścia. Bez pierwszego ani rusz, a bez drugiego w życiu jest dużo ciężej. Wszelakiej pomyślności i przychylności losu. Niech ludzie, których będziecie codziennie spotykać będą dla Was inspiracją i wsparciem. Życzę Wam cierpliwości i wytrwałości w dążeniu do celu. Sami decydujcie o swojej przyszłości i nie pozwólcie, żeby ktokolwiek rzucał Wam kłody pod nogi. Spełnienia marzeń! Ja liczę, że w tym roku kilka moich w końcu dojdzie do skutku i tego samego życzę Wam! :*

Oprócz tego: wielu pięknych chwil spędzonych z rodziną i przyjaciółmi. Mnóstwa ciekawych książek (i czasu na ich czytanie), świetnych filmów i niezapomnianych spektakli. Chodźcie na koncerty, wystawy, zwiedzajcie Polskę i podróżujcie po świecie. Jeśli macie jakieś postanowienie noworoczne: oby się spełniło, trzymam kciuki! :D Ja, kilka lat temu podjęłam moje noworoczne wyzwanie i do dzisiaj, z drobnymi modyfikacjami, je utrzymuję, więc wiem, że SIĘ DA :)

A na dzisiaj: imprezujcie do białego rana i spędźcie ten czas jak najprzyjemniej! :D



PS: W przyszłym roku szykuje się też kilka nowych pomysłów związanych z blogiem, już mam w zanadrzu kilka fajnych postów ;) 

piątek, 2 grudnia 2016

Poznaj siebie samego!

Dzień doberek!

Dzisiaj przychodzę do Was z czymś nietypowym. Jest to ćwiczenie, które wykonywaliśmy na zajęciach z pedagogiki teatru. Będziecie potrzebować kartki papieru, długopisu, 10 minut wolnego czasu i świętego spokoju - nie ma co robić tego w biegu, w tak zwanym międzyczasie.

To ćwiczenie wykorzystywaliśmy jako część warsztatu do spektaklu, gdzie trzeba było zwrócić uwagę na szufladkowanie, podejmowanie wyborów i określenie siebie ("Broniewski" w Teatrze Wybrzeże). Jednak dla mnie to ćwiczenie miało trochę inny charakter. W całym tym zabieganiu na początku roku akademickiego (robiliśmy je na drugich zajęciach, w październiku), przypomniałam sobie, co jest moim priorytetem, co jest dla mnie najważniejsze, na czym powinnam się skupić.

Zadania trzeba wykonywać po kolei, nie wyprzedzajcie.

1. Na środku kartki zapisz swoje imię, a dookoła wypisz to, co Cię określa: funkcje społeczne i rodzinne (np. studentka, pracownica, córka, wnuczka, siostra), cechy charakteru i nastawienie do życia (optymistka, chrześcijanka, wredota itd.) oraz inne określenia (harcerka, brunetka, fanka Franka Sinatry, niedoszła studentka PWST itp.). Poświęć na to kilka dobrych minut, wypisz tego dużo.

2. Skończyłeś? Na pewno? Ok. Pojedynczą kreską podkreśl to, co jest dla Ciebie najważniejsze.

3. Falowaną linią zaznacz te elementy, bez których mógłbyś/mogłabyś się obyć, bez których Twoje życie tak bardzo by się nie zmieniło.

4. Jesteś pewien/pewna swoich decyzji? Dobra. Czyli mamy sprawy mało ważne, średnie i bardzo ważne. Z ostatniej grupy wybierz pięć najważniejszych dla Ciebie rzeczy.

5. To trudne zadanie, nie spiesz się. Już? Teraz będzie trochę gorzej. Odrzuć trzy, zostaw dwie. Dobrze się zastanów, masz czas. Nie przechodź do następnego punktu, jeśli nie będziesz pewien/pewna.



6. Gotowe? Teraz zostaw jedną.

7. Pomyśl, zastanów się, co wybrałeś. Co to o Tobie mówi? Jakie masz refleksje?

Ja swoją kartkę mam przyczepioną nad biurkiem. W całej naszej grupie to ćwiczenie wywołało duże emocje - od negatywnych, do bardzo pozytywnych :)
Co Wy o nim sądzicie? Podobało się? A może nie lubicie tak w sobie grzebać lub się ograniczać? Nie musicie pisać, co wybraliście, broń Boże! Ale napiszcie, jakie są Wasze odczucia o tym ćwiczeniu, jestem bardzo ciekawa :)

Obrazki wykonane za pomocą aplikacji PicCollage


piątek, 11 listopada 2016

Jumpcity!

Dzień doberek!

Kto z Was nie słyszał jeszcze o Jumpcity? Myślę, że jeśli  mieszkacie w Trójmieście lub okolicach, na pewno obiło Wam się o uszy. A kto nie był? ...niech co prędzej się wybierze. ;)

Ja, za każdym razem, cieszę się jak dziecko z zabawy na trampolinach :D

Jumpcity to park trampolin. Na początku działali tylko w Gdyni, ale niedawno otworzyli dwa nowe punkty - jeden w Katowicach, a drugi w Gdańsku (na przeciwko Biblioteki Głównej UG). Jest to miejsce, gdzie prawie każdy będzie się dobrze bawił. W Jumpcity znajdą coś dla siebie zarówno maluchy, jak i dorośli, akrobaci, jak i osoby, które ze sportem są na bakier. 

Moje superfajne koleżanki, Asia i Kasia w akcji <3
Byłam w Jumpcity (w Gdyni) trzy razy, ale myślę, że przyszedł czas, żeby wybrać się znowu i tym razem obczaję ich nowy punkt, w Gdańsku. W końcu, jako studentka, mam dość nienormatywne godziny zajęć, więc chyba znajdę czas na chwilę rozrywki i aktywności. Bo Jumpcity to nie tylko dobra zabawa, ale też spora dawka ruchu! 

Na pierwszy raz, radzę wybrać opcję godzinną, bo wtedy łazi się po całym obiekcie, testuje różne opcje (do wyboru długie trampoliny, tzw. ścieżki, basen z gąbkami i nie tylko), a jak się człowiek wkręci, to można już wybrać opcję "dla wytrzymałych ninja" - 90 minut. Cennik i różne inne informacje są dostępne na ich stronie internetowej (klik). Mnie, podczas tych kilku wizyt udało się opanować odbijanie się z kolan, z tyłka i 3/4 salta i tak, jestem z siebie dumna :D

Firma organizuje też od czasu do czasu różne konkursy - na Snapie (@jumpcitypl) i na FB (klik). Polecam wziąć udział, bo mnie się już raz udało! Wygrałam zestaw naklejek "ROBIĘ SALTO" (co było prawie prawdą), opaskę na rękę i wejściówkę na 15 minut (a była to tylko nagroda pocieszenia). Obsługa i instruktorzy są też mega pozytywni - to wszystko młodzi, pełni energii ludzie, często absolwenci AWFu, którzy naprawdę znają się na rzeczy. 

Zdjęcia: jakość milion, ale przynajmniej widać, ile tam ruchu i zabawy (tak, tak, tłumacz sobie xD)
Na ich kanale na YT (klik) znajdziecie filmiki instruktażowe, jak wykonywać różne triki - salta, śruby itd. itd. Zawsze można się też spytać pracowników, co zrobić, żeby... Oprócz tego są tam relacje z Jumpcity by Night (nocna impreza na trampolinach organizowana przez firmę raz na jakiś czas) oraz inne zabawne filmiki.

Serdecznie polecam to miejsce! To też fajny punkt do odwiedzenia podczas odwiedzin gości spoza Trójmiasta i dalszych zakamarków naszej planety.

Przed wyjściem jest taka oto kropka. Uwierzcie: po pierwszej wizycie, to polecenie naprawdę staje się wyzwaniem.

Życzę Wam udanego weekendu! Dajcie znać, czy kiedyś byliście w Jumpcity i jakie triki umiecie już zrobić :P

środa, 12 października 2016

Pozytywne myślenie

Dzień doberek!

Dzisiaj mam dla Was małą dawkę pozytywnego myślenia!

... ale, żeby zrozumieć mój przekaz, trzeba dotrwać do końca ;)



Trzeciego października nie należał do najbardziej udanych dni w moim życiu. Z samego rana pobiegłam na inaugurację roku akademickiego. Z racji zaskakująco dobrych wyników na maturze, byłam pierwsza na liście studentów mojego kierunku i musiałam wziąć udział w najbardziej uroczystej części tego święta. Byłam jednak lekko przerażona, bo w rzędzie „najlepsi studenci I roku” nie było nikogo! Spośród około 20 wyczytanych nazwisk, przed sceną pojawiło się jakieś dziesięć osób. Masakra. Sama uroczystość – spoko. Mój udział w niej – tragedia.

Poprzedniego dnia wróciłam późno w nocy do domu i miałam zamiar zdrzemnąć się pomiędzy rozpoczęciem, a zajęciami teatralnymi, ale nic z tego. Kiedy w mojej mikroskopijnej łazience, nachylona nad lustrem, zmywałam szminkę z ust, poczułam, że coś kapie mi na łydkę. Odwracam się, a tam z sufitu leci sobie woda i cieknie po rurach aż na ziemię. Dzwonię do właściciela mieszkania – nie odbiera. Biegnę (tak, żeby nie usłyszał mnie mój 87-letni sąsiad) na górę, zobaczyć co się dzieje i gdzie słyszę szum wody? Za drzwiami zaklejonego taśmami mieszkania, w którym nikt nie mieszka.

Ostatecznie udało mi się wyrwać na zajęcia, na które miałam iść. Biegnę na tramwaj i czekam. Czekam. Tramwaj spóźnia się już pół godziny, więc dzwonię do centrali. "Była spora awaria, która trwała 50 minut, więc niech pani spodziewa się tramwaju dopiero za jakieś 10 minut".  OK. Na pierwsze zajęcia w tym roku spóźniłam się całe 40 minut. 

Po nich, musiałam czekać na tramwaj 20 minut, a był to tydzień wichur i deszczu na Pomorzu, więc przyjemne to to nie było….

W międzyczasie okazało się, że plan zajęć, który uznałam za swój, jest nieaktualny i do swojego domu będę mogła pojechać dopiero w piątek, a nie – jak planowałam – we wtorek. Oprócz tego wybrany przeze mnie fakultet, w nowej wersji planu, pokrywał się z moimi poniedziałkowymi zajęciami teatralnymi i musiałam z niego zrezygnować.

Było mi mega smutno, ale jeden SMS od mojej przyjaciółki (love, Kasia <3) był kropelką, która zaczęła drążyć skałę. Nie mogę przywołać jego treści, gdyż mogłaby kogoś obrazić, ale… rozśmieszył mnie. I tak, jadąc sobie w kierunku mieszkania, zaczęłam powoli analizować ten okropny dzień. Pod zjedzeniu kolacyjki, spisałam sobie na kartce, co było fajnego w ciągu tego dnia.

- Dostałam swoją własną legitymację studencką!
- Brałam udział w pięknej uroczystości. Widziałam ślubowanie młodych doktorów, słyszałam zabawny wykład o Sienkiewiczu i, jakby na to nie patrzeć, spotkał mnie spory zaszczyt – byłam wyróżniona na inauguracji roku akademickiego!
- Jednak zdążyłam na zajęcia teatralne!
- Były super!
- Porozmawiałam trochę z moją mamą i popisałam z przyjaciółką.
- Zjadłam Pesto, o którym myślałam od kilku dni!
- Hydraulik uporał się z naprawą wszystkiego w ciągu tych kilku godzin, kiedy mnie nie było

Ktoś może powiedzieć, że to takie małe rzeczy, takie nic nieznaczące. To prawda, są małe, ale jeśli zaczniemy je ignorować i nie będziemy doceniać to bardzo szybko obróci się to przeciwko nam samym. Trzeba dostrzegać pozytywne strony tego świata. Wyszukać je choćby na siłę – tak, jak ja w ubiegły poniedziałek – ale wyszukać!

To nie są puste frazesy, bo to naprawdę od nas zależy, jak będziemy postrzegać otaczający nas świat. Oczywiście, mogłabym marudzić przez najbliższy tydzień, jak to mi źle i jak to mi cały poniedziałek zepsuł resztę tygodnia… Ale po co? Stało się coś strasznego? W sumie to nie... A czy stało się coś przyjemnego? Zdecydowanie. I tego się trzymajmy :)

Życzę Wam miłego wieczoru i dużo optymizmu na każdy dzień, a ja tymczasem, jako świeżo upieczony Słoik idę podgrzać pomidorówkę od mamy <3.


Źródła obrazków: www.leadershipwithsass.com, anotherexilefromparadise.wordpress.com, www.rocknrollbride.com

wtorek, 23 sierpnia 2016

Fit lovers - polecam :)

Dzień doberek! 

Dzisiaj chciałabym Wam polecić kanał, Snapchata, Facebooka i Instagrama świetnej pary - Pameli Stefanowicz i Mateusza Janusza, czyli Fit Lovers <3

YouTube: Fit Lovers, Snapchat: fit.lovers, Facebook: Fit Lovers, Instagram: fit.lovers

Jak na nich trafiłam? Nie pamiętam... Chyba przez filmik "Motywacja do fit zakupów", który hulał po Facebooku (klik). Zaczęłam klikać, obczajać, okazało się, że są z Trójmiasta (teraz już mieszkają w Warszawie) i polubiłam.

Obydwoje są po gdańskim AWFie, Pamela dodatkowo skończyła dietetykę. Pracowali jako trenerzy personalni i nie tylko. Teraz prowadzą bloga oraz konto na YouTube (i inne social media), zajmują się układaniem spersonalizowanych diet i treningów. Tutaj jest filmik o nich i ich drodze do tego, kim są dzisiaj (klik).

Blog: www.fit-lovers.pl 

Mają niespożyte pokłady energii, dobrego humoru i pozytywnego nastawienia do życia. Bardzo dobrze nastrajają, mają dystans do siebie i potrafią się wygłupiać (klik). Oprócz tego serwują bardzo ciekawe filmiki na swoim kanale (klik), zarówno o gotowaniu, jak i ćwiczeniach (także w parach - klik).

Od nich nauczyłam się robić pysznej Fit Pizzy (klik) <3.


Podoba mi się w nich to, że są bardzo otwarci i nie zachowują się sztucznie. Mówią to, co myślą i uparcie dążą do wyznaczonych celów. Polecam obczaić :)

Jutro wyjeżdżam na festiwal teatralny do Kłodzka, bardzo prawdopodobne, że następny post (a może i filmik) będzie relacją z tego wydarzenia :)

Źródło dwóch pierwszych fotek: Facebook Fit Lovers

środa, 3 sierpnia 2016

Egzamin we Wrocławiu i nie tylko ;)

Dzień doberek!

Post o moich egzaminach we Wrocławiu nie będzie tak rozległy, jak poprzednie, ponieważ mam rodzinę niedaleko Wrocka i to u nich nocowałam i spędzałam całe dnie. Będzie on więc krótszy o opisy wizyt w muzeach i tak dalej. Jednak, żeby nie było tutaj samego tekstu (bo, mimo wszystko, trochę go będzie), powstawiam foteczki z mojego listopadowego pobytu w tym mieście. Byliśmy tam na wycieczce szkolnej i wtedy dużo zwiedzałam i robiłam mnóstwo zdjęć.

Zapraszam też do lektury poprzednich postów oraz komentowania:
- wstęp (klik)
- Łódź (klik)
- Warszawa (klik)
- Kraków (klik)

(OPIS EGZAMINU JEST NIŻEJ)

Pociąg z Krakowa do Wrocławia odjechał o czasie, ale niestety po drodze zrobiło się 1,5-godzinne (!) opóźnienie. Przez jakieś 45 minut staliśmy, na przykład w Juliance. Wdzięczna nazwa, ale tyle tam stać!? Później dowiedziałam się, że to z powodu pogody poprzedniej nocy. Nad całą Polską szalały wtedy burze i wichury, a opóźnienia niektórych pociągów sięgały 10 godzin, więc w sumie nie miałam na co aż tak bardzo narzekać.

Listopad. Dawny kościół Jezuitów. Arcydzieło. Kiedy weszłam do środka,
przysiadłam z wrażenia. *.*
Kolejny miły pan wrzucił mi moją walizkę na półkę (walizka była nowa, ale zawartość ani kilograma lżejsza) i podróż minęła ok. Nadrobiłam zaległości w pamiętniku, poczytałam książkę. 

Nie mogłam już się doczekać spotkania z rodziną. Pewnie, że przez cały czas trwania egzaminów dzwoniłam do rodziców, do znajomych, kontaktowałam się z moimi instruktorami z GSA i tak dalej, ale jednak nie miałam z kim tak naprawdę porozmawiać… Jedynie ludzie przypadkowo napotkani na egzaminach, ale tak… Jeśli ktoś jest taką gadułą, jak ja, nie powinien wybierać się na takie samotne podróże, bo to grozi ciężką depresją :P

Listopad. Hala Stulecia i okolice
Trochę tęskniłam już za domem, a fakt, że we wszystkich szkołach mówili mi „do widzenia” zanim jeszcze zdążyłam rozwinąć skrzydła, nie dodawał otuchy. Po przyjeździe do kuzynki (kocham, Gabryśka :*), zaczęłam słuchać dużo Podsiadło i dopadł mnie weltschmerz. -.-‘ Na szczęście, miałam kilka dni na regenerację w znanym mi środowisku, mogłam się wyspać, nie tachać nigdzie mojej Walizuni i po prostu chwilę odpocząć.

Co ciekawe, przekonałam się też do dzieci! Na co dzień nie ma styczności z takimi małymi człowieczkami, którzy mają po 3-4 lata, a tutaj jeden skradł moje serce i lazem kosiliśmy tlawę, jedliśmy hot-dogi z mustaldą i lobiliśmy inne fajne zecy :D

29 lipca, a więc dzień przed egzaminem wybrałam się z moją kuzynką na spektakl do Teatru Polskiego na „Mayday”. Powiem tak: śmieszny, trochę lepszy niż komedie Teatru Kwadrat, ale jednak szału nie było. Gra aktorska, spoko, scenariusz ok., ale ambitne to to nie było… I było dużo dośmieszniania na siłę, czego nie lubię >.< Ale tak, czy tak, bardzo cieszę się, że poszłam, bo to teatr,w którym nigdy nie byłam, aktorzy, których nigdy nie widziałam na scenie, fajna sprawa :) 

Kiedy wybrałam się już na sam egzamin, jak zwykle, nie obyło się bez przygód. Jechałam pociągiem z Oławy do Wrocławia Głównego i następnie zaczęłam szukać przystanku tramwajowego o tej właśnie nazwie. Niestety, nie znalazłam na nim ani jednego, ani drugiego tramwaju, który sugerowało mi jakdojade. Dowiedziałam się, że trwała wtedy jakaś przebudowa, czy zmiana tras na letnie i powędrowałam na następny przystanek. Bilet całodzienny miałam już w garści, byłam też dużo przed czasem, ale jednak zaczęłam się mocno denerwować, że nie zdążę…

(EGZAMIN)

Ale zdążyłam. Poprawiłam makijaż i poszłam na piętro szukać szatni. Okazało się, że niestety nie było żadnego miejsca, gdzie moglibyśmy zostawić rzeczy albo się przebrać. Jako przebieralnie posłużyły więc toalety, a swoje rzeczy trzeba było nosić ze sobą.

Koło 12:30, bo o tej godzinie miał się zaczynać mój egzamin, pani z dziekanatu wytłumaczyła nam jego zasady i ustawiliśmy się w kolejce do rejestracji. Jak zwykle, na samym początku, trzeba było przedstawić dowód opłaty za egzamin, a w zamian dostawaliśmy listę naszych utworów do wypełnienia, z miejscem na imię, nazwisko, adres, szkołę itp.

Zanim rozpoczął się egzamin z dykcji, poznałam Michała i Natalię. Mega śmieszni ludzie, cały czas rozmawialiśmy, dodawaliśmy sobie nawzajem otuchy. W tej szkole, nie było widać na każdym rogu studentów, którzy mieliby nam służyć pomocą, dlatego każdy sprzedawał każdemu jakiekolwiek informacje, jakie posiadał na temat przebiegu egzaminów. Swoją drogą, przyjęcie ze strony szkoły i egzaminatorów, było we Wrocławiu najchłodniejsze, a ludzi poznałam tam najfajniejszych :)

Z racji tego, że dowód opłaty oddałam do dziekanatu jako piąta, jako piąta wchodziłam na komisję dykcji. Siedziało tam jakieś 6 osób, ale wszystko działo się tak szybko, że nawet dwa dni po egzaminie, kiedy uzupełniałam mój dziennik, ciężko było mi przypomnieć sobie, jak to wszystko było. Miałam stanąć w namalowanym na ziemi kółku i zaczęły się pytania. Egzamin, jak zwykle, prowadził starszy pan profesor.
Listopad. Jeden z mostów na Ostrowie Tumskim <3.

Pan: Skąd pani jest?
Ja: Z Kębłowa.
P: Ile ma pani lat?
J: 19.
P: Który raz staruje pani do szkoły teatralnej?
J: Pierwszy raz. To znaczy, w tym roku, tutaj.
P: A gdzie jeszcze pani próbowała?
J: W Warszawie, Krakowie i Łodzi.
P: Z jakim skutkiem?
J: Bardzo liczę, że dostanę się tutaj.
Komisja: *heh*

Potem miałam kolejno:
- przeczytać numer mojego dowodu osobistego (teraz już wiem, że dykcję będę ćwiczyła głównie na cyferkach, takich jak 45, 58, 76 itd.) xD,
- podejść do stolika i powtarzać za prowadzącym łamanki językowe,
-powiedzieć jeden mój tekst, jak plotkę („Spóźniony słowik”, oczywiście); przerwali mi po… nawet nie wiem ilu wersach, ale dość szybko,
- zaśpiewać piosenkę ludową – przerwali,
- zaśpiewać jedną inną piosenkę („Żegnaj kotku”- Hanna Banaszak); doszłam do połowy I zwrotki,
Listopad. Ogród japoński *.*
- wyjść.

Szybko, bez większych ceregieli, czy skrupułów. Potem miałam chwilkę czasu na przebranie się i ogarnięcie przed ruchowym (zaczynał się o 14:00). Na salę poprosił mnie młody mężczyzna i moim pierwszym zadaniem było powtórzyć po nim (przed kilkuosobową komisją) układ taneczny. Nie był trudny- łącznie 8 kroków z ułożeniem rąk w różnej pozycji i klaśnięciami. Potem dostałam od jednej pani zadanie :”Niech pani teraz zagra szamankę wywołującą deszcz. Bez dźwięków”. Ok. Szałowy ten mój układ nie był, no ale… „A teraz na panią i całą wioskę zaczyna padać grad”. Ok. „To wszystko dziękuję”.

Potem nastąpiła najgorsza, najbardziej stresująca przerwa. O 15:00 miała się zacząć komisja z interpretacji. Każdy wchodził osobno, wyczytywali nasze nazwiska, tym razem, nie po kolei. Jeśli chcieli wysłuchać, to ok. Jeśli nie- od razu wypraszali. Masakra… Zaczęło się o 15:20 (a wiedzcie, ludzie, którzy nigdy tego nie przeżywali, że tam, każda minuta, płynie baardzoo dłuugoo).

Listopad. Rynek i okolice.
W naszej turze było jakieś 25 osób, jak ja wchodziłam, to do końca zostało jeszcze jakieś 6 osób, a do tej pory, tylko 4 zostały na interpretacji. A to, że tam zostały, wcale nie oznaczało, ze przeszły do drugiego etapu. Wtedy przyszedł moment, na najbardziej przykre ogłoszenie wyników EVER.

Weszłam na salę, a tam przy dwóch ścianach, przy stołach siedziało, przy zapalonych lampkach jakieś 20-25 osób. Głos zabrał starszy pan o bardzo niskim głosie: „Dzień dobry, pani Małgorzato. Pani Małgorzato, to już koniec egzaminu.” I już, koniec. Jak policzek. Szybko i bardzo boleśnie.

Wyszłam na zewnątrz, ale nie byłam w stanie rozmawiać z pozostałymi osobami, więc poszłam na balkon się uspokoić. Aktorstwo na rok odeszło… Kiedy wróciłam do środka, nikogo już tam nie było, więc zabrałam swoje rzeczy i udałam się w drogę do domu. Po drodze wstąpiłam do MC’a, bo cheeseburger zawsze Cię zrozumie i pocieszy. :P

Zostałam jeszcze jeden dzień u rodziny (to był pechowy dzień, bo tego samego wieczoru, Polacy przegrali z Portugalią na Euro :’( ) i później wróciłam już do domu <3.

I tak się skończyła moja wielka podróż. Sprawdzian dojrzałości- to chyba przede wszystkim. Sama, z zepsutą walizką, w wielkich miastach i pociągach, ale dałam radę. Jestem teraz silniejsza w te wszystkie doświadczenia. Oprócz tego, że wiem już, jak wyglądają same egzaminy, przez ten rok ciężkiej pracy, wiem ile czasu zajmuje znalezienie tekstów, przerobienie ich, przygotowanie piosenek, czy układu tanecznego. Mogę teraz w trochę inny sposób rozplanować swój czas i całe te przygotowania.

Na pewno nie rezygnuję z GSA. Nie ma opcji. I  w przyszłym roku, jeśli Bóg pozwoli, zdaję znowu. Tak łatwo się nie poddam.

Dziękuję bardzo za uwagę, mam nadzieję, że komuś się przydały te posty. Jeszcze raz zapraszam do komentowania, a już niedługo pokaże się jakiś post o… gotowaniu… albo o jakiejś książce? Zobaczymy ;)

Tymczasem życzę miłego wieczoru i kolorowych snów :*

Na koniec, kilka pozostałych zdjęć z listopada, które już przerobiłam i są teraz zbyt ładne, żeby zostały w zakamarkach mojego komputera. <- nie wiem, czemu to jest czerwone -.-'

Piękny Ostrów Tumski

Widok ze Sky Tower

Biblioteka Ossolińskich


Przepyszne pierogi zapiekane i trzy rodzaje ciasta w Pierogarni na Rynku. Nawet, jeśli mielibyście czekać kilknaście minut- warto!

Rzeźba uliczna w centrum Wrocławia.

I na koniec, coś do obmyślenia. Prowokacyjna rzeźba "Zrób to sam".

niedziela, 31 lipca 2016

Pobyt w Krakowie i kolejny egzamin


Dzień doberek!


Popijając sobie pyszną chińską herbatę (love, Asia <3), zabieram się do pisania kolejnego posta. Dzisiaj: egzamin w PWST w Krakowie oraz pobyt w moim ukochanym mieście. Będzie Muzeum Narodowe, wizyta w Loch Camelot i kilka ślicznych foteczek Starego Rynku.

Zapraszam też do lektury poprzednich postów:
- wstęp (klik)
- Łódź (klik)
- Warszawa (klik)

(OPIS EGZAMINU JEST TROCHĘ NIŻEJ)

Na szczęście, pociąg do Krakowa jechał szybko i cicho (I LOVE PENDOLINO <3.). Moim pięknym miastem zaczęłam się jarać jak tylko stanęłyśmy (ja i Walizunia) na równe nogi, po wyjściu z pociągu. Oczywiście podróż na nocleg nie obyła się bez przygód :D


Wpisałam w jakdojade ulicę, na której miałam mieszkać, ale bez numeru budynku i w pewnym momencie, jadąc autobusem zorientowałam się, że minęłam mój nocleg. Sprawdziłam, co poszło nie tak, obczaiłam mapę i wysiadłam na najbliższym przystanku, żeby wrócić. Oczywiście musiałam wybrać jakieś Wygwizdowie, gdzie autobus zatrzymuje się na żądanie i nie ma chodników, tylko żwir. Ok. Spo-koj-nie. Ze stoickim spokojem, wzięłam Walizunię w garść i... urwała się druga rączka. !#*!?&$!?!. Klnąc w myślach walizkę z taniego marketu, przeszłam na drugą stronę, gdzie.... nie było schodów, ani innej formy ułatwienia życia przechodniom- była tylko skarpa (na szczęście- niewysoka), po której musiałam wciągnąć walizkę ważącą nadal tyle samo, nieposiadającą obydwóch rączek i jednego kółka. SUPER.


Jakimś cudem, w końcu dotarłam na nocleg. Już pierwszego dnia, obowiązkowo, wybrałam się na krótki spacer. Mieszkałam niedaleko Wawelu, więc spokojnym spacerkiem poszłam wzdłuż Wisły, za Wawelem, dalej Plantami, obok okna papieskiego na Franciszkańskiej i dalej pod Sukiennice <3.

Ten spacer wynagrodził mi wszystkie wcześniejsze niedogodności. Po zjedzeniu obiadku i pysznych lodów pistacjowych i jagodowych poszłam na Franciszkańską pogadać z JP II. Wieczorem powtórzyłam wszystkie teksty i dowiedziałam się od znajomych (pozdrawiam, Paulina :* pozdrawiam, Natalia :*), jak mniej więcej polegają egzaminy, więc spokojnie mogłam pójść spać ;)


(EGZAMIN)


Następnego dnia wstałam jakoś o 10:20 i jak już się troszkę ogarnęłam, poszłam spacerkiem w stronę PWST. Jak zwykle, wstąpiłam jeszcze na krótką rozmowę z Górą, w przepięknym kościele na mojej kochanej Franciszkańskiej i ruszyłam do boju.

Szybko znalazłam toaletę, żeby się przebrać i czekałam na dalsze instrukcje. Nie było widać studentów, którzy mieliby odpowiadać na nasze pytania, ale zaraz się zjawili. Zaprowadzili nas do dużej sali, gdzie na krzesełkach leżały listy utworów do wypełnienia. Jeden student, wszystko dokładnie nam wytłumaczył, był też czas na pytania z naszej strony. Potem studenci zaczęli wyczytywać nasze nazwiska.Trzeba było zanieść dowód wpłaty i odebrać swój numerek. Od tej pory miałam numer 644.

Potem dwójka studentów, zabrała 16 dziewczyn, w tym mnie, do garderoby. Miałyśmy chwilę, żeby się przebrać, rozgrzać i przyszedł czas na egzamin sprawnościowy. Zaprowadzili nas na górę i po objaśnieniu, zasad i dodaniu otuchy (oraz sprzedaniu kopniaka w tyłek na szczęście), wpuścili nas do środka. Była to duża sala z rozłożonymi wzdłuż materacami:


Naprzeciwko siedziała 5-osobowa komisja, a sam egzamin prowadził starszy pan profesor. Na początek, miałyśmy się ustawić przed materacami i każda, po kolei, mówiła "Mam numerek XXX, mam XX lat, pochodzę z XXXX i zdaję na jeden kierunek/dwa kierunki". Jeśli któraś wybierała się jeszcze na kierunek wokalno - aktorski, to miała jeszcze powiedzieć, czy umie czytać z nut, czy na czymś gra itd.

Potem miałyśmy się ustawić za materacami i czwórkami wychodziłyśmy na środek. Pierwszy członek komisji zasiadł za pianinem i grał różne fragmenty muzyczne - bardziej skoczne, trochę wolniejsze, smutniejsze, weselsze itd. Naszym zadaniem był improwizacja taneczna. Dobrze się w tym czułam, szczególnie, że na naszym ostatnim spektaklu w GSA, improwizacja taneczna była lwią częścią występu.

Następnie ustawiłyśmy się w rządku i kolejno, każda:
- mówiła krótki fragment wybranego tekstu
- śpiewała fragment piosenki ludowej
- wołała: "chodźcie tutaj"
- wyklaskiwała rytm, który był grany na pianinie- najtrudniejsza część tego egzaminu.... nie były to takie łatwe, krótkie melodyjki, niestety...
Jeśli któraś z nas, nie radziła sobie z którymś z zadań, komisja podpowiadała, jak zrobić je lepiej :)

Później, podzieli nas na dwie grupy. Moja grupa została na dykcji. Kolejno podchodziłyśmy do stolika i czytałyśmy po trzy razy cztery, wybrane przez profesora, zdania. Sprawdzał zgryz, ułożenie ust, języka i tak dalej. W międzyczasie, pani od śpiewu poprosiła kilka dziewczyn to pianina, ale mnie nie.

Potem: sprawnościowy. Każda, po kolei musiała wykonać: przewrót w przód, skok z obrotem o 360 stopni w powietrzu, wagę, skłon do kolan w siadzie prostym i mostek. Niektóre były też proszone o gwiazdę, przewrót w tył (ja, na szczęście, nie) albo, tak jak ja o inny sposób przewrotu w przód.

I to koniec. Całość trwała dobre 45 minut.


Komisja była bardzo sympatyczna. Jak jednej dziewczynie zakręciło się w głowie na sprawnościowym, zaraz wzięli ją na bok, dostała wodę i kawę.

PS: W tej części egzaminu nie można mieć mocnego makijażu.

Później miałyśmy jakieś 10 minut na przebranie się i była interpretacja. Byłyśmy podzielone po cztery na salę. Przed wejściem dowiedziałam się, że w mojej komisji będzie siedziała profesor Dorota Segda- nowa pani rektor (wow!). Weszłam do sali, gdzie była 3 - osobowa komisja. Egzamin prowadził mężczyzna koło czterdziestk i- bardzo sympatyczny i tak jakby... zaangażowany w ten egzamin. Wziął ode mnie listę utworów i spytał:

Pan: Co pani powie jako pierwsze?

Ja: (standardowo) "Spóźniony słowik"

P: Proszę bardzo.

J: (mówię)

P: Dobrze (po dwóch zwrotkach). Ja pani przerywam, ale niech się pani tym nie przejmuje, to normalne. Niech pani teraz powie ten tekst tak, jakby pani rzeczywiście była żoną tego słowika i jakby pani była święcie przekonana, że coś mu się stało, że umarł. Mówi pani do swojej przyjaciółki (prof. Segda), pani Kosowej.

J: (zaczynam mówić)

P: Zaraz pani przerwę. Niech pani sobie wyobrazi, że to naprawdę jest ktoś z pani rodziny. Powoli, spokojnie, to jest trudne zadanie.

J: (mówię; ta wskazówka dużo mi dała)

P: Dobrze. To niech teraz nie mówi tego pani tylko do tej jednej przyjaciółki, ale lamentuje jak baby na wsi. Niech cała wioska dowie się o tym pani nieszczęściu.

J: (mówię)

P: Ok, To teraz fragment "Medei" (z dramatu Eurypidesa- monolog głównej bohaterki do Kreona)

J: (mówię)

P: (gdzieś w 1/3 tekstu) Teraz tak, jakby pani tego Kreona szczerze nienawidziła, jakby obwiniała go pani o wszystkie swoje niepowodzenia. To jest Kreon (trzeci członek komisji).

J: (mówię)

P: Dobrze, wystarczy. Teraz... Biernat z Lublina ("O niewdzięcznych panoch"). Tego chyba jeszcze nie słyszałem, żeby ktoś mówił.

J: (mówię)

P: (w połowie) Dziękuję. Teraz proszę zaśpiewać piosenkę ludową.

J: (śpiewam- "W moim ogódeczku")

P: (po I zwrotce) Dziękuję. Ładna piosenka. A jak się nazywa?

J: "W moim ogródeczku"

P: Yhm. Nie znałem jej.

Prof. Segda: No jak nie? To moja ulubiona piosenka egzaminacyjna!

P: No dobrze, dziękuję pani.


I to był już koniec. Bardzo zadowolona zeszłam po rzeczy do garderoby i poszłam na obiadek. Potem wróciłam na nocleg, wzięłam szybki prysznic, przebrałam się i o 19:30 byłam z powrotem w PWST. Wyników jeszcze nie było, ale miałam numer do jednego ze studentów, który się nami zajmował (dawał go wszystkim, na wypadek, gdyby ktoś nie mógł zjawić się w szkole po ogłoszeniu wyników), więc wysłałam mu SMSa z moimi danymi i poszłam do Loch Camelot na spektakl. Tuż przed rozpoczęciem, dostałam wiadomość: "Same negatywy przykro mi.


No cóż... Trudno. Przecież nie będę ryczeć na kabarecie xD

Jestem wielką fanką Camelotu (byłam wcześniej tylko dwa razy na "Chodu i hop", ale urzekł mnie ich humor, muzyka na żywo i piękne głosy), ale spektakł "To fart, że żart żartu wart" nie jest, według mnie.... fenomenalny. Piosenki były świetne. Edith Piaf, kabaretowe, ale oprócz tego szału nie było. W drodze do domu kupiłam sobie zestaw pocieszeniowy (lody, Pepsi i Monte) i zaraz po kolacji poszłam spać.


Następnego dnia, w sobotę, pojechałam do Muzeum Narodowego na wystawę MMM (Mariae Mater Misericordiae). Dürer, Memling i inni średniowieczni wyjadacze. Bardzo ciekawa wystawa. Fanką sztuki średniowiecznej nie jestem, ale zobaczyłam takie sposoby przedstawienia Matki Boskiej, jakich nie widziałam nigdzie indziej, więc jestem zadowolona z wizyty na tej wystawie. Mała anegdotka. Kiedy wpisywałam się do Księgi Gości, zajrzałam na poprzednie strony i dosłownie kartkę przede mną przeczytałam (napisane bardzo starannym pismem drugoklasisty): "Zgadzam się z panem Prezydentem. Wystawa jest bardzo ciekawa." Przewracam jeszcze jedną stronę, a tam piękny wpis i podpis "Andrzej Duda". Wut!? Ja się zmagałam z egzaminami, a Prezydent RP kilka ulic dalej chodził sobie po muzeum.


Następnym punktem programu były zakupy w Carrefourze, gdzie kupiłam sobie super, ekstra, fajną, nową, pomarańczową walizkę! Wiem, że podróżowanie ze sprawną walizką, z działającymi wszystkimi uchwytami i kółkami to ewidentna oznaka snobizmu, ale kurcze! Raz się żyje :P


Dokonałam też zakupu biletu do Wrocławia i pędem wróciłam do internatu. Ostatni odcinek biegłam, bo znowu zmiksował mi się czas i miałam go jakoś dziwnie mało, a trzeba było jeszcze się przebrać, odstawić walizkę i biec z powrotem na Rynek, do Camelotu. Sprawy nie ułatwiał fakt, że tego dnia w Krakowie było jakieś miliard stopni w cieniu, ale dałam radę :D.


Spektakl zaczynał się o 17, ale jak przyszłam o 17:08 to jeszcze, całe szczęście, się nie rozpoczął, więc zdążyłam! Jakim błogosławieństwem tego dnia była ta zimna piwnica, gdzie odbywają się spektakle <3. Sam spektakl: "Piosenki... czyli Duet Sceniczny w Stanach Krytycznych był świetny. Pani Beata Malczewska (aktorka Teatru Starego i Camelotu) w roli garderobianej i inspicjent- Andrzej Słabiak- małżeństwo, miłość, piękne piosenki i niespodziewane zakończenie. Po drodze, dużo świetnego humoru i wspaniałej gry aktorskiej <3.


Na koniec podeszłam do pani Beaty pogratulować jej występu, a ona życzyła mi powodzenia we Wrocławiu i powiedziała, że mam robić swoje i nie przejmować się tymi egzaminami, bo to się robi jedna wielka paranoja z tym wszystkim. Ok, pani Beato, nie ma sprawy :)

Tego samego dnia, w Krakowie odbywały się Wianki. Sceny porozsypywane po całym Starym Mieście, na każdej inny rodzaj muzyki i inna energia. Po obiedzie udałam się więc na koncert Stanisławy Celińskiej, gdzie spotkałam mojego znajomego z GSA (Damian, pozdrawiam :*), ale koncert mnie nie porwał (bardzo mi przykro, po takiej dawce emocji przez kilka dni z rzędu, to zupełnie nie był mój klimat na ten wieczór).

Kiedy rozmawiałam sobie z mamą, miałam śmieszną sytuację. Siedzę sobie na ławce, a na jej drugim końcu siedzi starszy pan. Nagle siada między nami para młoda. Zaczęłam się delikatnie odsuwać, ale Ona mówi do mnie: "Nie, nie. Niech pani sobie siedzi, to właśnie o to chodzi." Więc dalej gadałam przez telefon, młodzi się całowali, fotograf robił zdjęcia, kamerzysta nagrywał.... sooooo cuuuteee *.*


Potem udałam się na koncert Dawida Podsiadło na scenę na Małym Rynku. Jak zobaczyłam tłum ludzi, przez który za chwilę będę musiała się przebić, żeby wejść za bramki, pożałowałam, że nie poszłam tam trochę wcześniej, ale! Koncert się opóźnił, więc zdążyłam obeszłam scenę, wbiłam się za bramki, znalazłam sobie odpowiednie miejsce i koncert zaczął się dopiero kilkanaście minut póżniej.


Nie byłam zagorzałą fanką Dawida Podsiadło, bo znałam 2-3 jego najbardziej znane kawałki, ale w tym momencie zbieram już kasę na jego koncert w październiku w Gdańsku, bo całkiem przepadłam. Mega się cieszę, że trafiłam na ten koncert, że akurat jak ja byłam w Krakowie, on występował na Wiankach. Jego muzyka bardzo przypadła mi do gustu, a chłopak tak się wypruwał na scenie, że czuło się te wszystkie emocje stojąc na dole. Co prawda większość jego piosenek jest dość depresyjna i, o ile pasowały mi do nastroju w okresie około - egzaminowym, to teraz nie słucham ich codziennie, ale na koncert idę! :D


W niedzielę poszłam na mszę do Franciszkanów, do pięknego kościoła zdobionego przez samego Wyspiańskiego, z pięknym "Bóg Stwórca. Stań się" (zdjęcie na samym początku postu) na wejściem, a w dodatku na tej mszy, nw której byłam śpiewał też Chór Cecyliański. Pięknie <3.


Po mszy musiałam spędzić jeszcze trochę czasu w kościele, gdyż na zewnątrz była po prostu ściana deszczu. Po zmówieniu dwóch Różańców, stwierdziłam, że zostało mi trochę mało czasu do pociągu, więc podciągnęłam kiecę i poleciałam na obiad. Pizza i krem z pomidorów w klimatycznej włoskiej restauracyjce, zjedzony w oknie z widokiem na ulicę. Ideolo <3.


Po obiedzie udałam się na nocleg szybko przepakować rzeczy do nowej walizki, pozbyć się starej i udałam się na pociąg.


Jeśli chodzi o ogólne wrażenia z Krakowa, to nadal uwielbiam to miasto i pobyt tam był, mimo niepowodzenia w szkole, prawdziwą przyjemnością. Co do egzaminu, to uważam, że właśnie w tej szkole zostałam najlepiej, najbardziej kompleksowo sprawdzona i cieszę się, że wzięłam udział w tym egzaminie. Wiem też, za co zapłaciłam 150 zł wpisowego, bo testowali mnie przed godzinę, a w Łodzi... 150 zł za 3 minuty egzaminu... cenią się >.<



Dziękuję Wam bardzo za lekturę kolejnego wpisu, zapraszam do komentowania i przepraszam za to dwudniowe opóźnienie. Niby są wakacje, ale cały czas się coś dzieje i tak jakoś nie wyszło... A, że napisanie notki to nie jest kwestia 5 minut, to jakoś się nie wyrobiłam. Ale za opisywanie Wrocławia zabieram się już dzisiaj, więc notka pojawi się już we wtorek wieczorem :)

Życzę Wam miłej niedzieli i udanego tygodnia! :*

czwartek, 28 lipca 2016

Dalsza droga i egzamin w Warszawie


Dzień doberek!

Serdecznie dziękuję za tak ciepłe przyjęcie ostatnich dwóch postów (rekordowe liczby wejść *.*). Każdy komentarz, wiadomość i okejka są dla mnie ważne, wielkie dzięki wszystkim, którzy mi kibicują :*

- Wstępniak (klik)
- Łódź (klik)

PS: Nie wiem, dlaczego niektóre akapity postanowiły być fioletowe. Jutro spróbuję jeszcze raz z nimi pogadać i przekonać, żeby jednak były czarne. Obiecuję.

(OPIS SAMEGO EGZAMINU JEST NIIŻEEJ)

Tego samego dnia, po egzaminie, ruszyłam już w drogę do Warszawy. Wieczorem miałam załatwione wejściówki do teatru (o tym za chwilę), więc nie było mowy o zwiedzaniu Łodzi. Z resztą... nie urzekła mnie na tyle, żebym chciała tam dłużej zostać. W pociągu zdążyłam odpisać na kilka SMSów i usnęłam. Na szczęście ocknęłam się przed Centralnym i ruszyłam do Złotych Tarasów na obiadek.

Trafiłam idealnie- jadłam pizzę na tarasie z widokiem na Pałac Kultury i Nauki. Wszyscy pozostali klienci siedzieli w środku i oglądali mecz (nadal trwało Euro, Polska nadal była w grze ;)). Przemiły pan kelner zatachał moją walizkę po trzech schódkach na taras i mogłam chwilkę odpocząć :). Co się póżniej okazało, kierownik sali był po wiedzy o teatrze na Akademii Teatralnej w Warszawie. Wszędzie można spotkać "swoich ludzi" :D

Oczywiście, jak zwykle, zmiksował mi się czas i w momencie, kiedy powinnam być już w połowie drogi do Teatru Roma, gdzie wybierałam się na spektakl, przebierałam się w wyjściową sukienkę w toalecie w Złotych :P Potem pobiegłam (tak! Pobiegłam z moją ogromną walizką, poduszką-świnią pod pachą i w małej czarnej i zadawałam sobie pytanie "Czemu biegam w kiecce po centrum Warszawy!?") pytając ze cztery razy o drogę na spektakl. Ale zdążyłam! Byłam chyba 4 minuty przed rozpoczęciem, ale byłam! Odprowadziłam walizeczkę do szatni i pobiegłam na salę.

"Tuwim dla dorosłych" był zdecydowanie wart obejrzenia! Kiedy jedna z aktorek zaśpiewała "Ptasie radio", szczena opadła mi do podłogi i ogarnęło mnie ogromne niedowierzanie, że ktoś potrafi tak śpiewać O.o Następnym niezapomnianym momentem było wykonanie "Całujcie mnie wszyscy w d*pę" (klik, 18+), które znałam w ich wykonaniu już długo i jak usłyszałam tę piosenkę na żywo, to miałam ciarki na całym ciele.

Następnego dnia wstałam o 8:30 i o 10:18 pojechałam autobusem na Miodową. Pod Akademią Teatralną byłam o 10:47, a egzamin był dopiero na 11:30, więc zaczęłam się rozglądać za jakimś kościołem, żeby zawierzyć kolejny egzamin Górze. Odwracam głowę i niedaleko widzę (i nie dowierzam!) bardzo charakterystyczny budynek, który stoi naprzeciwko Katedry Wojska Polskiego, w której to zawsze odbywa się msza święta na zakończenie rajdu harcerskiego Arsenał. Byłam tam 3 razy! Raz nawet w nocy. Szłam z każdej strony, ale nie od Miodowej >.<

Ale! bardzo dobrze się stało. Na tej mszy zawsze jest taki tłok, że nigdy nie widziałam, jak wygląda wnętrze i ołtarz tej Katedry. Poszłam więc się pomodlić, skupić i ruszyłam na egzamin.

(EGZAMIN)


Przy wejściu spotkałam chłopaka, którego widziałam też w Łodzi i w myśl zasady "koniec języka za przewodnika", spytałam co mam teraz zrobić. Musiałam przejść do a'la foyer i odnaleźć swoje nazwisko na jednej z list. Panowało tam lekki zamieszanie, było sporo ludzi. Tu ktoś się rozśpiewywał, jakieś grupki znajomych rozmawiały o egzaminach, ktoś szukał długopisu, ktoś kartki i tak dalej i tak dalej. W każdym razie: byłam trzecia w Komisji nr 1.


Poszłam do toalety, rozgrzałam twarz i wróciłam do "poczekalni". Za chwilę przyszedł student I roku (w Warszawie, studenci byli tacy bardzo "yolo"- uśmiechnięci, zagadywali, żartowali, bardzo wyluzowani, zero spiny) i zaprowadził pierwszą piątkę z mojej komisji do innego budynku. Poprzychodzili też studenci od innych komisji i pozabierali swoich ludzi. 


Chłopak, który był pierwszy na mojej liście nie przyszedł na czas dla zainteresowanych: to nie był dla niego koniec. Studentka, któa nami się zajmowała, dzwoniła do niego i po prostu wchodził jako ostatni), więc weszłam jako druga. Komisja wyglądała bardzo sympatycznie - od początku do końca. Podałam im listę swoich utworów (mały przyps: miałam wydrukowaną listę, przygotowaną jeszcze w domu, ale musiałam się coś bardzo zamyślić i w pierwszej pozycji wpisałam "Pani słowikowa", zamiast "Spóźniony słowik" i musiałam przepisać listę na czysto, ale ręcznie.... >.<) i poprosili mnie, żebym stanęła na bardziej oddalonym od ich biurka krzyżyku naklejonym na podłodze.

Przewodniczący komisji (starszy pan, bardzo miły): Co pani powie jako pierwsze?


Ja: "Spóźniony słowik"


P: Proszę bardzo


Ja: (mówię)


P: No to teraz może fragment "Kalejdoskopu"? (przyp. "Kalejdoskop"- Danielle Steel, monolog jednej z córek Solange, pełen zarzutów i złości)


J: Dobrze. (mówię)


P: To teraz proszę stanąć tu, bliżej i powiedzieć fragment "Z zabaw i gier dziecięcych"

J: (mówię)


I to wszystko. Koniec egzaminu. Jakieś 5 minut, jak w Łodzi... Wszystkie teksty dali mi powiedzieć do końca, a ja byłam zadowlona. Nie byłam już tak strasznie zestresowana przed i w trakcie egzaminu, jak w Łodzi, gdzie stres był porównywalny do tego przed pierwszym egzaminem na prawko. W Warszawie, było bardziej jak przed spektaklem- był stresik, lekkie napięcie, ale wszystko pod kontrolą. 


W oczekiwaniu na wyniki poszłam sobie na rynek zjeść lody i popisać w tym moim "pamiętniku". Siedziałam sobie w kawiarence na dworze (była piękna pogoda) i obserwowałam Syrenkę.


Ogłoszenie wyników miało w Warszawie bardzo stresującą formę. Mieliśmy się zgłosić z tyłu budynku i stanąć w kolejce. Przy stoliku siedziały trzy panie (jak Pytie...) ze stosem dokumentów każda. Podawało się pani swoje imię i nazwisko, a one szukały. Jeśli COŚ znalazły, to była to decyzja o nieprzyjęciu na jednolite studia magisterskie na kierunku aktorstwo dramatyczne. Jeśli nic nie miały- dogrywka albo II etap. Ja niestety dostałam swoją karteczkę....




Zrobiło mi się bardzo przykro, bo to był "już" drugi egzamin, a czułam, że poszło mi naprawdę dobrze... Ale ochłonęłam trochę w Katedrze i dopiero po wyjściu napisałam SMSy do wszystkich osób, które były żywo zainteresowane przebiegiem moich egzaminów. Swoją drogą: wielkie dzięki dla wszystkich tych osób, bez Was byłoby dużo ciężej (aha, bo jeszcze chyba nie wspominałam, że w tą moją podróż wybrałam się sama :P). 


Po egzaminie, chciałam jechać na 18:00 na trening do Be Active (studio Ewy Chodakowskiej), ale okazało się, że zlikwidowali już możliwość pojedynczych wejść, a najtańszy karnet (ważny miesiąc, na 4 wejścia), kosztuje 150 zł. Mmmm... Stwierdziłam, że pochodzę po Starym Mieście. Pojechałam jeszcze na Dworzec Centralny, kupić bilet do Krakowa, zrobić małe zakupy i wróciłam do mojej znajomej (Ola, jeszcze raz dziękuję, że mnie wzięłaś pod swoje skrzydła <3.) na nocleg.


Następnego dnia, byłam już naładowana pozytywną energią na kolejne miasto, którym był mój ukochany Kraków. Ale, ale! Nie tak prędko! Kiedy przechodziłam ze Złotych Tarasów na Dworzec Centralny, moja kochana walizka zaczęła szorować o podłogę. Nie musiałam długo czekać, żeby dowiedzieć się, co jest nie tak: "Kółko pani odpadło". Super. W pojedynku Walizunia vs. Małgorzata, na razie prowadziła Walizunia -.-'







Dodatkowe spostrzeżenia z Warszawy? Podoba mi się to miasto. Jest trochę dzikie, a ludzie bardzo zabiegani, ale odnalazłabym się tutaj. Zważając na przyjemną dla oka architekturę, stare budynki, piękne kościoły i trochę zieleni naokoło, jest naprawdę przyjemnie. Poza tym... tyle teatrów, wydarzeń, koncertów. Bardzo spoko. Oczywiście, nie jest to Kraków, ale w Warszawie też mogłabym mieszkać ;)




Jeszcze raz dziękuję za lekturę i zapraszam do komentowania :).

Na relację z podróży do Krakowa, egzaminu oraz czasu wolnego spędzonego w moim ukochanym mieście, zapraszam już w piątek w nocy.


Kolorowych snów :*