Pokazywanie postów oznaczonych etykietą teatr. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą teatr. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 sierpnia 2017

Krystyna Janda - wywiad rzeka (książka)

Dzień doberek!

Dzisiaj mam dla Was kolejną ciekawą propozycję aktorskiej autobiografii – wywiadu (kolejnej, po Barbarze Krafftównej – klik), którą sprawiłam sobie na Święta Bożego Narodzenia i w końcu udało mi się ją przeczytać. Krystyna Janda w rozmowie z Katarzyną Montgomery „Pani zyskuje przy bliższym poznaniu” to książka bardzo ciekawa i wciągająca, ale posiadająca niestety kilka wad.

Jak już wspominałam, była to druga z dwóch książek, które sobie sprawiłam w tym samym okresie i siłą rzeczy, same cisną mi się na usta i do głowy porównania. Porównania samej książki oraz postaci w niej opisywanej, czy też wypowiadającej się. Pani Barbara Krafftówna jest niezmiernie skromną osobą, natomiast Krystyna Janda jest egocentryczna, czuje się gwiazdą i nie sprawia jej problemów opowiadanie o swoich zaletach (mam nadzieję, że rozumiecie iż na potrzeby publikacji użyłam w tym miejscu kilku eufemizmów). Więc charakter „głównego bohatera” tej książki drażnił mnie przez całą lekturę, jednak niesamowite wydarzenia, osoby, filmy i spektakle, o których opowiada Janda sprawiły, że nie raz przepadałam i „budziłam się” po kilkudziesięciu stronach.

Janda pracowała z największymi. Od reżyserów: Hubnera, przez Wajdę (którego ulubioną aktorką była), po aktorów Stuhra, Gajosa i Kondrata. To tylko kilka z wielu, wielu wielkich nazwisk, które przewijają się w tej książce. Opowiadania o czasie spędzonym z Agnieszką Osiecką – niesamowite. Wspomnienia z planów wielu filmów Wajdy – bardzo ciekawe. Doświadczenie pracy nad inscenizacją autobiografii Danuty Wałęsy – wzruszające i interesujące. Czego by nie mówić o Jandzie, to trzeba przyznać, że była i nadal jest jedną z topowych polskich aktorek i pracowała w najlepszych teatrach, z najlepszymi reżyserami i aktorami, widziała wiele, grała w wielu miejscach na świecie i ma ogromne doświadczenie w swoim zawodzie.

To mnie bardzo wciągało – każda anegdotka z planu, śmieszna sytuacja związana z kolejnym znanym nazwiskiem, czy triki stosowane na scenach teatralnych. Dużo jest też charakterystyki zawodu aktora – od szkoły teatralnej przez debiut, filmy, wyjazdy, teatr telewizji po założenie dwóch teatrów prywatnych działających głównie dzięki przychodom Fundacji Krystyny Jandy na rzecz kultury. Szalenie ciekawe było śledzenie we wspomnieniach Jandy kolejnych zmagań przy przebudowach i remontach teatrów, obserwowanie jej pracy, zakresu obowiązków i stosunku do pracowników.

Szczególnie poruszającą częścią książki jest ta poświęcona związkowi Krystyna Jandy i Edwarda Kłosińskiego, który zmarł przez nowotwór (ten moment też jest w książce opisany – mocny i bardzo prawdziwy). Kłosiński, jak wynika ze wspomnień Jandy, był mężczyzną godnym naśladowania, oddanym swojej pracy, zakochanym w żonie na zabój, troskliwym i niesamowicie mądrym. Odpowiadał na wszystkie jej pytania, pomagał w tworzeniu teatrów, a na planie traktował ze specjalną atencją.

Jest jeszcze jeden mankament, którego dopatrzyłam się w tej książce – jest ona odrobinę chaotyczna. Ogólnie panie Montgomery i Janda, starają się omawiać wydarzenia chronologicznie, ale czasem przeskakują na układanie anegdotek tematycznie i wtedy poszczególne wydarzenia nie układają się już tak łatwo w jakiś logiczny ciąg. Oprócz tego w książce występuje mnóstwo cytatów – z gazet, wywiadów, recenzji, ale także z forum i bloga samej Jandy. Czasem są wtrąceniem, czasem dopowiedzeniem, a czasem całkowicie zaburzają logiczny ciąg. Niestety także chęć, jak mam wrażenie, wstawienia do książki jak najbardziej różnorodnych zdjęć, psuje efekt eleganckiej, prostej szaty graficznej, gdyż fotografie są czasami słabej jakości, a wstawione wywiady po prostu nie wyglądają dobrze. Estetę kole to w oczy.

Na koniec – śmietanka. Opinia Jandy o współczesnym teatrze, o twórcach awangardowych, nagości w teatrze i tematach poruszanych w nowych spektaklach. Pod tym mogłabym się podpisać „ręcami i nogami”! Jeśli kogoś nie zachęciły wyżej wymienione przeze mnie atuty książki lub zniechęciły jej słabe strony to warto chwycić ją w rękę w księgarni i przeczytać strony od 512 do 519. Najbardziej podoba mi się cytat z artykułu Ludzie! Kochajcie swoje dzieci, bo wyrosną na reżyserów z magazynu „Uroda” (nr 1 z 1999 roku): „Ludzie całego świata! Kochajcie swoje dzieci! Bo wyrosną z nich nie tylko mordercy i ludzie bez serc, ale także awangardowi reżyserzy,  i będziemy musieli oglądać ich filmy” . Zrozumie ten, kto trafił kiedyś na „ambitny” spektakl, lub obejrzał jeden z „dobrych, offowych” filmów.



Mimo wszystko, książkę polecam. Trzeba się przygotować na dużą dozę samozachwytu, ale także sporą dawkę fantastycznych anegdotek, historii i głębokich przemyśleń o życiu, teatrze, filmie i aktorstwie.

sobota, 26 sierpnia 2017

Teatr, numer 7-8/2017

Dzień doberek!

Dzisiaj chciałam Wam polecić ostatni numer magazynu Teatr, który jeszcze do końca sierpnia jest
dostępny w sprzedaży.

Ten numer jest o tyle wyjątkowy, że w dużej części jest poświęcony szkołom teatralnym – ich
absolwentom, uczniom, kandydatom i problemom poszczególnych wydziałów.

Okładkowy artykuł to wywiad z siedmioma absolwentami szkół teatralnych w Polsce - osobami po
Krakowie, Warszawie, Wrocławiu, Białymstoku i Łodzi. Każdy z nich opowiada o swoich przeżyciach z okresu studiów – o profesorach, zajęciach i przede wszystkim atmosferze wspólnoty. Każdy mówi też co aktualnie robi, co chciałby zmienić i gdzie widzi się w przyszłości. Ciekawie jest poznać kilka całkowicie różnych pomysłów na siebie po ukończeniu tego samego kierunku studiów.

Kolejne tematy to Festiwal Szkół Teatralnych, dyplomy i artykuł o perspektywach dla absolwentów szkół teatralnych. Wydział wysokiego ryzyka to tekst poświęcony charakterystyce wydziału lalkarskiego w Białymstoku, a właściwie przyszłości jego studentów oraz nastawieniu środowiska teatralnego do spektakli lalkowych.

Jest też wywiad z Marianem Opanią oraz artykuł o komponowaniu muzyki do spektakli teatralnych. Po serii recenzji (w tym Wesela w reżyserii Jana Klaty) przychodzi czas na artykuł o festiwalach teatru tańca, a na koniec dowiadujemy się o kilku ciekawych pozycjach książkowych, m.in. Seksmisja i inne moje misje Olgierda Łukaszewicza i Tomasza Miłkowskiego.

Myślę, że numer jest szczególnie wart uwagi dla osób, które z aktorstwem wiążą swoją przyszłość lub po prostu kręci je ta tematyka. Jeśli w tym momencie pojawia się w Waszych głowach pytanie: a co to za gazeta? gdzie to dostać?, to spieszę z odpowiedzią. Teatr można dostać np. w Empikach i kosztuje 20 zł.

Miłej lektury! :)

PS: Jeśli kogoś interesuje, jak wygląda moja przygoda ze szkołą teatralną, to informuję, że niestety znowu się nie udało. Ugrzęzłam w tym samym momencie egzaminów we wszystkich czterech szkołach, więc nie będę wszystkiego na nowo opisywać. Póki co wracam na Wiedzę o teatrze, chcę napisać licencjat i wtedy zobaczymy. COŚ też powstaje - podzielę się niedługo :*

niedziela, 28 maja 2017

Co tam z egzaminami?

Dzień doberek!


No jak to, co? Podchodzę! Co więcej: mam już wszystkie teksty (oprócz jednego) i wysłałam pierwszą teczkę. Wszystko jest na dobrej drodze :)

Znowu podchodzę do egzaminów we wszystkich szkołach państwowych, a więc: Łódź, Warszawa, Wrocław i Kraków. Zobaczymy, jak mi pójdzie. Mam za sobą cały, kolejny rok pracy w Gdańskiej Szkole Artystycznej. Chodziłam na teatr i akrobatykę. Miałam też indywidualne zajęcia ze śpiewu. W dodatku: ja już tam byłam, a zjawią się całe tłumy ludzi, dla których to będzie pierwszy raz :P Jestem ciekawa, jak to będzie w tym roku. 

Zmieniły się wymagania odnośnie tekstów. W Krakowie chcą znacznie mniej, niż w zeszłym roku, ale doprecyzowali też, jakich fragmentów prozy oczekują, więc w rezultacie, zamiast 16 tekstów, przygotowuję 17. A dokładniej:

- 3 wiersze klasyczne (renesans, romantyzm, 20-lecie)
- 3 wiersze współczesne
- proza staropolska
- proza XIX wieku
- dwie prozy XX wieku (brakuje mi jednej, ma ktoś jakiś pomysł? proooszęęę!)
- proza XXI wieku
- monolog ze światowej sztuki klasycznej wierszem
- monolog z polskiej sztuki klasycznej wierszem
-  4 piosenki (w tym jedna ludowa)

Nie wiem jeszcze, czy będę pisała podsumowanie po egzaminach tak, jak w zeszłym roku. Jeśli znowu odrzucą mnie na pierwszym etapie to pewnie nie. Ale jeśli uda mi się zajść gdzieś dalej…. ;)


Miłego wieczoru! :*

PS: Jeśli ktoś ma ochotę poczytać o moich zeszłorocznych zmaganiach, to zapraszam: Łódź (klik), Warszawa (klik), Kraków (klik), Wrocław (klik) :))

piątek, 4 listopada 2016

Studia

Dzień doberek!

Jak większość pewnie wie, od października rozpoczęłam studia na kierunku Wiedza o teatrze na Uniwersytecie Gdańskim. Muszę przyznać, że pomimo tego, iż ten kierunek nie był moim wymarzonym, jestem zadowolona :) Dlaczego?


Po pierwsze, w końcu uczę się o tym, co naprawdę mnie interesuje. 

Wiem, że wiedza z zakresu matematyki, nauk przyrodniczych i różnych wojen w dziejach historii jest bardzo istotna, ale pod koniec liceum miałam ogromne poczucie zmarnowanego czasu, kiedy siedziałam i rozwiązywałam zadania z trygonometrii, uzupełniałam ćwiczenia z przyrody, czy wkuwałam przebieg bitwy pod Maratonem. Teraz, przychodzę na zajęcia i cały czas słucham o teatrze. Mam takie przedmioty, jak konstrukcja scenariusza teatralnego, historia dramatu antycznego, teatr telewizji, spektakl w nowych mediach itp. Nawet na angielskim robimy zadania oparte na tematyce teatralnej i oglądamy sztuki Szekspira w jego języku ojczystym. W dodatku, większość wykładowców to świetni ludzie, z pasją, którzy potrafią nią zarażać. 

Po drugie: mamy zniżki lub darmowe wejścia do teatrów w Trójmieście (i nie tylko).
Student Wiedzy o teatrze musi oglądać spektakle i szkolić warsztat, więc ostatnio np. dostaliśmy wejściówki za 5 zł na Broniewskiego w Teatrze Wybrzeże, a z kolei we wtorek idziemy za tę samą cenę do Teatru Miniatura. Potem zostaniemy oprowadzeni przez jednego z aktorów po teatrze. Mamy też zniżki w Teatrze Muzycznym w Gdyni, a legitymacja studencka z naszego kierunku umożliwia wejście po niższej stawce do niektórych teatrów także w innych częściach Polski. Tak to ja lubię :)


Po trzecie, realizujemy wiele form pracy teatralnej.

Wiem, że studia na wydziale aktorskim opierają się GŁÓWNIE na praktyce - siedzą od rana do wieczora na scenie i cały czas działają. Obawiałam się, że na Wiedzy o teatrze zderzę się z ogromną liczbą nudnych, teoretycznych wykładów, ale na szczęście wcale tak nie jest. Często oglądamy realizacje filmowe spektakli - od Teatru Wybrzeże, przez inne polskie teatry, na londyńskich kończąc. Oglądaliśmy też Matrixa (pomoże nam zrozumieć teorię i symulakrach Baudrillarda), filmy dokumentalne i programy popularno - naukowe. Mamy zajęcia z pedagogiki teatru z mgr Weroniką Łucyk z Teatru Wybrzeże, na których uczymy się w praktyce, jak tworzyć warsztat teatralny. Zarówno podczas ćwiczeń i wykładów mamy możliwość wypowiadania się i dyskusji. W dodatku, nasza grupa liczy tylko 22 osoby, więc nie ma miejsca na uśpione wykłady na sali zapełnionej dwoma setkami osób.

A więc nie łamię się, tylko wyciągam jak najwięcej z mojego obecnego położenia. Oprócz tego przygotowuję się powoli do kolejnych egzaminów, więc praca wre :D
Mam zamiar także (teraz już na pewno) wrócić do regularnego prowadzenia bloga i kanału na YT i szykuję też małą niespodziankę :)

Miłego weekendu! :*

PS: Bardzo dziękuję Sandrze za udostępnienie mi fotek z życia studenta WOTu, bo ja oczywiście swoich Snapów nie pozapisywałam.... Love, Sandra <3

niedziela, 25 września 2016

Festiwal Teatralny w Kłodzku + filmik :)

Dzień doberek!

W ostatnim tygodniu sierpnia (tak, tak – mam tak dużo czasu, że dopiero teraz o tym piszę) miałam okazję wziąć udział w Festiwalu Teatralnym Zderzenie Teatrów w Kłodzku. Jechałam tam jako wolontariusz; pomagałam przy organizacji. W ciągu dnia wykonywałam różne zadania, a wieczorami mogłam oglądać spektakle <3 Poznałam mnóstwo świetnych ludzi i zobaczyłam wiele inspirujących przedstawień.

Dwa spektakle widziałam już po raz kolejny – fenomenalny spektakl teatru tańca Gdańskiej Szkoły Artystycznej My_szy w reżyserii Natalii Murawskiej (z którą miałam ogromną przyjemność pracować) oraz Plotki wg Antona Czechowa Teatru Znak w reżyserii pana Janusza Gawrysiaka (z nim również pracowałam). Te dwa spektakle są od siebie całkowicie różne, ale oba zdecydowanie godne polecenia. My_szy, pomimo swojej nowoczesnej formy zaskoczyły mnie jasnością przekazu, a Plotki rozbawiły do łez i urzekły scenografią.

Całkowitą nowością były dla mnie clownada i parady uliczne. Zacznę od clownady. Pierwszą, na jakiej byłam to spektakl mojego znajomego Jaśka Grządzieli z Teatru Ja Się pod tytułem Zielono mu. Dawno się tak nie uśmiałam na żadnym spektaklu. Chodzi mi o to, że ten typ humoru jest tak czysty, tak dziecięcy, nieposiadający ironii, sarkazmu i innych „dorosłych” rzeczy, że rozbraja mnie całkowicie. Drugim spektaklem była Pinezkologia Teatru Pinezka pana Przemysława Grządzieli. Wiele zabawnych momentów, ale też smaczki wprowadzające w zachwyt, jak elementy żonglerki, diabolo, czy operowanie pięknymi, ręcznie robionymi lalkami.


Z kolei parada uliczna Teatru Del z Kaliningradu, kompletnie mnie oczarowała. Zaczynała się wieczorem, kiedy na dworze było już ciemno. Urokliwy stary rynek w Kłodzku był oświetlony jedynie przez żółte światło latarni. W jednym miejscu zebrały się ubrane w biało – czarne stroje w stylu burleski (gorsety, bufki, koronki itd.) aktorki. Dwie, czy trzy chodziły na szczudłach, kilka miało kartonowe instrumenty i kamerę. Idąc przed siebie poruszały się w rytm muzyki i po prostu wciągały w swój świat. Przez całą paradę szłam jak zaczarowana. Coś niesamowitego.

Parada uliczna Teatru Del z Kaliningradu
Były też spektakle Korporacji Mimów z Rosji, ale niestety trafiłam tylko na końcówkę jednego z nich, co nie zmienia faktu, że ciekawie ogląda się człowieka, który bez użycia słów, potrafi wejść w dialog z publicznością. W dodatku, kiedy uświadomimy sobie, że jest to mim z Rosji, który nie mówi po polsku, a wszyscy doskonale go rozumieją, dochodzi do nas, jak uniwersalna może być sztuka. Świetna sprawa.

Podczas całego Festiwalu działali też inni artyści, niż aktorzy i tancerze. Na przykład, pani Marzena Gawrysiak zorganizowała performance rzeźbiarski Metamorfosis. Polegał on na tym, że w ogólnodostępnym miejscu na rynku, przez dwa dni wykonywała rzeźbę, która później urozmaici przestrzeń miejską Kłodzka. Każdy mógł przyjść i zobaczyć, jak pracuje rzeźbiarz, spytać o technikę i materiały. Bardzo fajna sprawa. 

Efekt prawie-końcowy
Odbył się także spektakl teatru malowania tańca. Tancerze improwizowali na scenie, a kilku malarzy uwieczniało ich poczynania na scenie. Nie widziałam samego wydarzenia, ale widziałame efekty pracy malarzy i robiły wrażenie. Oprócz tego malarze krążyli też po mieście w trakcie trwania festiwalu i uwieczniali na kartkach spektakle, a także mieszkańców Kłodzka. Moje serca skradł Mały Książe:

Prawda, że ma coś w sobie z tej postaci? <3
I ostatni aspekt. Kłodzko. Urzekło mnie to miasto, naprawdę. Nie wiedziałam, że jest tam tak ślicznie. Stary rynek jest naprawdę ładny, od niego odchodzą ulice ze starymi kamieniczkami. A jak są kamieniczki i bruk na ulicy, to ja jestem ukontentowana :)



Miłej niedzieli :*

niedziela, 31 lipca 2016

Pobyt w Krakowie i kolejny egzamin


Dzień doberek!


Popijając sobie pyszną chińską herbatę (love, Asia <3), zabieram się do pisania kolejnego posta. Dzisiaj: egzamin w PWST w Krakowie oraz pobyt w moim ukochanym mieście. Będzie Muzeum Narodowe, wizyta w Loch Camelot i kilka ślicznych foteczek Starego Rynku.

Zapraszam też do lektury poprzednich postów:
- wstęp (klik)
- Łódź (klik)
- Warszawa (klik)

(OPIS EGZAMINU JEST TROCHĘ NIŻEJ)

Na szczęście, pociąg do Krakowa jechał szybko i cicho (I LOVE PENDOLINO <3.). Moim pięknym miastem zaczęłam się jarać jak tylko stanęłyśmy (ja i Walizunia) na równe nogi, po wyjściu z pociągu. Oczywiście podróż na nocleg nie obyła się bez przygód :D


Wpisałam w jakdojade ulicę, na której miałam mieszkać, ale bez numeru budynku i w pewnym momencie, jadąc autobusem zorientowałam się, że minęłam mój nocleg. Sprawdziłam, co poszło nie tak, obczaiłam mapę i wysiadłam na najbliższym przystanku, żeby wrócić. Oczywiście musiałam wybrać jakieś Wygwizdowie, gdzie autobus zatrzymuje się na żądanie i nie ma chodników, tylko żwir. Ok. Spo-koj-nie. Ze stoickim spokojem, wzięłam Walizunię w garść i... urwała się druga rączka. !#*!?&$!?!. Klnąc w myślach walizkę z taniego marketu, przeszłam na drugą stronę, gdzie.... nie było schodów, ani innej formy ułatwienia życia przechodniom- była tylko skarpa (na szczęście- niewysoka), po której musiałam wciągnąć walizkę ważącą nadal tyle samo, nieposiadającą obydwóch rączek i jednego kółka. SUPER.


Jakimś cudem, w końcu dotarłam na nocleg. Już pierwszego dnia, obowiązkowo, wybrałam się na krótki spacer. Mieszkałam niedaleko Wawelu, więc spokojnym spacerkiem poszłam wzdłuż Wisły, za Wawelem, dalej Plantami, obok okna papieskiego na Franciszkańskiej i dalej pod Sukiennice <3.

Ten spacer wynagrodził mi wszystkie wcześniejsze niedogodności. Po zjedzeniu obiadku i pysznych lodów pistacjowych i jagodowych poszłam na Franciszkańską pogadać z JP II. Wieczorem powtórzyłam wszystkie teksty i dowiedziałam się od znajomych (pozdrawiam, Paulina :* pozdrawiam, Natalia :*), jak mniej więcej polegają egzaminy, więc spokojnie mogłam pójść spać ;)


(EGZAMIN)


Następnego dnia wstałam jakoś o 10:20 i jak już się troszkę ogarnęłam, poszłam spacerkiem w stronę PWST. Jak zwykle, wstąpiłam jeszcze na krótką rozmowę z Górą, w przepięknym kościele na mojej kochanej Franciszkańskiej i ruszyłam do boju.

Szybko znalazłam toaletę, żeby się przebrać i czekałam na dalsze instrukcje. Nie było widać studentów, którzy mieliby odpowiadać na nasze pytania, ale zaraz się zjawili. Zaprowadzili nas do dużej sali, gdzie na krzesełkach leżały listy utworów do wypełnienia. Jeden student, wszystko dokładnie nam wytłumaczył, był też czas na pytania z naszej strony. Potem studenci zaczęli wyczytywać nasze nazwiska.Trzeba było zanieść dowód wpłaty i odebrać swój numerek. Od tej pory miałam numer 644.

Potem dwójka studentów, zabrała 16 dziewczyn, w tym mnie, do garderoby. Miałyśmy chwilę, żeby się przebrać, rozgrzać i przyszedł czas na egzamin sprawnościowy. Zaprowadzili nas na górę i po objaśnieniu, zasad i dodaniu otuchy (oraz sprzedaniu kopniaka w tyłek na szczęście), wpuścili nas do środka. Była to duża sala z rozłożonymi wzdłuż materacami:


Naprzeciwko siedziała 5-osobowa komisja, a sam egzamin prowadził starszy pan profesor. Na początek, miałyśmy się ustawić przed materacami i każda, po kolei, mówiła "Mam numerek XXX, mam XX lat, pochodzę z XXXX i zdaję na jeden kierunek/dwa kierunki". Jeśli któraś wybierała się jeszcze na kierunek wokalno - aktorski, to miała jeszcze powiedzieć, czy umie czytać z nut, czy na czymś gra itd.

Potem miałyśmy się ustawić za materacami i czwórkami wychodziłyśmy na środek. Pierwszy członek komisji zasiadł za pianinem i grał różne fragmenty muzyczne - bardziej skoczne, trochę wolniejsze, smutniejsze, weselsze itd. Naszym zadaniem był improwizacja taneczna. Dobrze się w tym czułam, szczególnie, że na naszym ostatnim spektaklu w GSA, improwizacja taneczna była lwią częścią występu.

Następnie ustawiłyśmy się w rządku i kolejno, każda:
- mówiła krótki fragment wybranego tekstu
- śpiewała fragment piosenki ludowej
- wołała: "chodźcie tutaj"
- wyklaskiwała rytm, który był grany na pianinie- najtrudniejsza część tego egzaminu.... nie były to takie łatwe, krótkie melodyjki, niestety...
Jeśli któraś z nas, nie radziła sobie z którymś z zadań, komisja podpowiadała, jak zrobić je lepiej :)

Później, podzieli nas na dwie grupy. Moja grupa została na dykcji. Kolejno podchodziłyśmy do stolika i czytałyśmy po trzy razy cztery, wybrane przez profesora, zdania. Sprawdzał zgryz, ułożenie ust, języka i tak dalej. W międzyczasie, pani od śpiewu poprosiła kilka dziewczyn to pianina, ale mnie nie.

Potem: sprawnościowy. Każda, po kolei musiała wykonać: przewrót w przód, skok z obrotem o 360 stopni w powietrzu, wagę, skłon do kolan w siadzie prostym i mostek. Niektóre były też proszone o gwiazdę, przewrót w tył (ja, na szczęście, nie) albo, tak jak ja o inny sposób przewrotu w przód.

I to koniec. Całość trwała dobre 45 minut.


Komisja była bardzo sympatyczna. Jak jednej dziewczynie zakręciło się w głowie na sprawnościowym, zaraz wzięli ją na bok, dostała wodę i kawę.

PS: W tej części egzaminu nie można mieć mocnego makijażu.

Później miałyśmy jakieś 10 minut na przebranie się i była interpretacja. Byłyśmy podzielone po cztery na salę. Przed wejściem dowiedziałam się, że w mojej komisji będzie siedziała profesor Dorota Segda- nowa pani rektor (wow!). Weszłam do sali, gdzie była 3 - osobowa komisja. Egzamin prowadził mężczyzna koło czterdziestk i- bardzo sympatyczny i tak jakby... zaangażowany w ten egzamin. Wziął ode mnie listę utworów i spytał:

Pan: Co pani powie jako pierwsze?

Ja: (standardowo) "Spóźniony słowik"

P: Proszę bardzo.

J: (mówię)

P: Dobrze (po dwóch zwrotkach). Ja pani przerywam, ale niech się pani tym nie przejmuje, to normalne. Niech pani teraz powie ten tekst tak, jakby pani rzeczywiście była żoną tego słowika i jakby pani była święcie przekonana, że coś mu się stało, że umarł. Mówi pani do swojej przyjaciółki (prof. Segda), pani Kosowej.

J: (zaczynam mówić)

P: Zaraz pani przerwę. Niech pani sobie wyobrazi, że to naprawdę jest ktoś z pani rodziny. Powoli, spokojnie, to jest trudne zadanie.

J: (mówię; ta wskazówka dużo mi dała)

P: Dobrze. To niech teraz nie mówi tego pani tylko do tej jednej przyjaciółki, ale lamentuje jak baby na wsi. Niech cała wioska dowie się o tym pani nieszczęściu.

J: (mówię)

P: Ok, To teraz fragment "Medei" (z dramatu Eurypidesa- monolog głównej bohaterki do Kreona)

J: (mówię)

P: (gdzieś w 1/3 tekstu) Teraz tak, jakby pani tego Kreona szczerze nienawidziła, jakby obwiniała go pani o wszystkie swoje niepowodzenia. To jest Kreon (trzeci członek komisji).

J: (mówię)

P: Dobrze, wystarczy. Teraz... Biernat z Lublina ("O niewdzięcznych panoch"). Tego chyba jeszcze nie słyszałem, żeby ktoś mówił.

J: (mówię)

P: (w połowie) Dziękuję. Teraz proszę zaśpiewać piosenkę ludową.

J: (śpiewam- "W moim ogódeczku")

P: (po I zwrotce) Dziękuję. Ładna piosenka. A jak się nazywa?

J: "W moim ogródeczku"

P: Yhm. Nie znałem jej.

Prof. Segda: No jak nie? To moja ulubiona piosenka egzaminacyjna!

P: No dobrze, dziękuję pani.


I to był już koniec. Bardzo zadowolona zeszłam po rzeczy do garderoby i poszłam na obiadek. Potem wróciłam na nocleg, wzięłam szybki prysznic, przebrałam się i o 19:30 byłam z powrotem w PWST. Wyników jeszcze nie było, ale miałam numer do jednego ze studentów, który się nami zajmował (dawał go wszystkim, na wypadek, gdyby ktoś nie mógł zjawić się w szkole po ogłoszeniu wyników), więc wysłałam mu SMSa z moimi danymi i poszłam do Loch Camelot na spektakl. Tuż przed rozpoczęciem, dostałam wiadomość: "Same negatywy przykro mi.


No cóż... Trudno. Przecież nie będę ryczeć na kabarecie xD

Jestem wielką fanką Camelotu (byłam wcześniej tylko dwa razy na "Chodu i hop", ale urzekł mnie ich humor, muzyka na żywo i piękne głosy), ale spektakł "To fart, że żart żartu wart" nie jest, według mnie.... fenomenalny. Piosenki były świetne. Edith Piaf, kabaretowe, ale oprócz tego szału nie było. W drodze do domu kupiłam sobie zestaw pocieszeniowy (lody, Pepsi i Monte) i zaraz po kolacji poszłam spać.


Następnego dnia, w sobotę, pojechałam do Muzeum Narodowego na wystawę MMM (Mariae Mater Misericordiae). Dürer, Memling i inni średniowieczni wyjadacze. Bardzo ciekawa wystawa. Fanką sztuki średniowiecznej nie jestem, ale zobaczyłam takie sposoby przedstawienia Matki Boskiej, jakich nie widziałam nigdzie indziej, więc jestem zadowolona z wizyty na tej wystawie. Mała anegdotka. Kiedy wpisywałam się do Księgi Gości, zajrzałam na poprzednie strony i dosłownie kartkę przede mną przeczytałam (napisane bardzo starannym pismem drugoklasisty): "Zgadzam się z panem Prezydentem. Wystawa jest bardzo ciekawa." Przewracam jeszcze jedną stronę, a tam piękny wpis i podpis "Andrzej Duda". Wut!? Ja się zmagałam z egzaminami, a Prezydent RP kilka ulic dalej chodził sobie po muzeum.


Następnym punktem programu były zakupy w Carrefourze, gdzie kupiłam sobie super, ekstra, fajną, nową, pomarańczową walizkę! Wiem, że podróżowanie ze sprawną walizką, z działającymi wszystkimi uchwytami i kółkami to ewidentna oznaka snobizmu, ale kurcze! Raz się żyje :P


Dokonałam też zakupu biletu do Wrocławia i pędem wróciłam do internatu. Ostatni odcinek biegłam, bo znowu zmiksował mi się czas i miałam go jakoś dziwnie mało, a trzeba było jeszcze się przebrać, odstawić walizkę i biec z powrotem na Rynek, do Camelotu. Sprawy nie ułatwiał fakt, że tego dnia w Krakowie było jakieś miliard stopni w cieniu, ale dałam radę :D.


Spektakl zaczynał się o 17, ale jak przyszłam o 17:08 to jeszcze, całe szczęście, się nie rozpoczął, więc zdążyłam! Jakim błogosławieństwem tego dnia była ta zimna piwnica, gdzie odbywają się spektakle <3. Sam spektakl: "Piosenki... czyli Duet Sceniczny w Stanach Krytycznych był świetny. Pani Beata Malczewska (aktorka Teatru Starego i Camelotu) w roli garderobianej i inspicjent- Andrzej Słabiak- małżeństwo, miłość, piękne piosenki i niespodziewane zakończenie. Po drodze, dużo świetnego humoru i wspaniałej gry aktorskiej <3.


Na koniec podeszłam do pani Beaty pogratulować jej występu, a ona życzyła mi powodzenia we Wrocławiu i powiedziała, że mam robić swoje i nie przejmować się tymi egzaminami, bo to się robi jedna wielka paranoja z tym wszystkim. Ok, pani Beato, nie ma sprawy :)

Tego samego dnia, w Krakowie odbywały się Wianki. Sceny porozsypywane po całym Starym Mieście, na każdej inny rodzaj muzyki i inna energia. Po obiedzie udałam się więc na koncert Stanisławy Celińskiej, gdzie spotkałam mojego znajomego z GSA (Damian, pozdrawiam :*), ale koncert mnie nie porwał (bardzo mi przykro, po takiej dawce emocji przez kilka dni z rzędu, to zupełnie nie był mój klimat na ten wieczór).

Kiedy rozmawiałam sobie z mamą, miałam śmieszną sytuację. Siedzę sobie na ławce, a na jej drugim końcu siedzi starszy pan. Nagle siada między nami para młoda. Zaczęłam się delikatnie odsuwać, ale Ona mówi do mnie: "Nie, nie. Niech pani sobie siedzi, to właśnie o to chodzi." Więc dalej gadałam przez telefon, młodzi się całowali, fotograf robił zdjęcia, kamerzysta nagrywał.... sooooo cuuuteee *.*


Potem udałam się na koncert Dawida Podsiadło na scenę na Małym Rynku. Jak zobaczyłam tłum ludzi, przez który za chwilę będę musiała się przebić, żeby wejść za bramki, pożałowałam, że nie poszłam tam trochę wcześniej, ale! Koncert się opóźnił, więc zdążyłam obeszłam scenę, wbiłam się za bramki, znalazłam sobie odpowiednie miejsce i koncert zaczął się dopiero kilkanaście minut póżniej.


Nie byłam zagorzałą fanką Dawida Podsiadło, bo znałam 2-3 jego najbardziej znane kawałki, ale w tym momencie zbieram już kasę na jego koncert w październiku w Gdańsku, bo całkiem przepadłam. Mega się cieszę, że trafiłam na ten koncert, że akurat jak ja byłam w Krakowie, on występował na Wiankach. Jego muzyka bardzo przypadła mi do gustu, a chłopak tak się wypruwał na scenie, że czuło się te wszystkie emocje stojąc na dole. Co prawda większość jego piosenek jest dość depresyjna i, o ile pasowały mi do nastroju w okresie około - egzaminowym, to teraz nie słucham ich codziennie, ale na koncert idę! :D


W niedzielę poszłam na mszę do Franciszkanów, do pięknego kościoła zdobionego przez samego Wyspiańskiego, z pięknym "Bóg Stwórca. Stań się" (zdjęcie na samym początku postu) na wejściem, a w dodatku na tej mszy, nw której byłam śpiewał też Chór Cecyliański. Pięknie <3.


Po mszy musiałam spędzić jeszcze trochę czasu w kościele, gdyż na zewnątrz była po prostu ściana deszczu. Po zmówieniu dwóch Różańców, stwierdziłam, że zostało mi trochę mało czasu do pociągu, więc podciągnęłam kiecę i poleciałam na obiad. Pizza i krem z pomidorów w klimatycznej włoskiej restauracyjce, zjedzony w oknie z widokiem na ulicę. Ideolo <3.


Po obiedzie udałam się na nocleg szybko przepakować rzeczy do nowej walizki, pozbyć się starej i udałam się na pociąg.


Jeśli chodzi o ogólne wrażenia z Krakowa, to nadal uwielbiam to miasto i pobyt tam był, mimo niepowodzenia w szkole, prawdziwą przyjemnością. Co do egzaminu, to uważam, że właśnie w tej szkole zostałam najlepiej, najbardziej kompleksowo sprawdzona i cieszę się, że wzięłam udział w tym egzaminie. Wiem też, za co zapłaciłam 150 zł wpisowego, bo testowali mnie przed godzinę, a w Łodzi... 150 zł za 3 minuty egzaminu... cenią się >.<



Dziękuję Wam bardzo za lekturę kolejnego wpisu, zapraszam do komentowania i przepraszam za to dwudniowe opóźnienie. Niby są wakacje, ale cały czas się coś dzieje i tak jakoś nie wyszło... A, że napisanie notki to nie jest kwestia 5 minut, to jakoś się nie wyrobiłam. Ale za opisywanie Wrocławia zabieram się już dzisiaj, więc notka pojawi się już we wtorek wieczorem :)

Życzę Wam miłej niedzieli i udanego tygodnia! :*

czwartek, 28 lipca 2016

Dalsza droga i egzamin w Warszawie


Dzień doberek!

Serdecznie dziękuję za tak ciepłe przyjęcie ostatnich dwóch postów (rekordowe liczby wejść *.*). Każdy komentarz, wiadomość i okejka są dla mnie ważne, wielkie dzięki wszystkim, którzy mi kibicują :*

- Wstępniak (klik)
- Łódź (klik)

PS: Nie wiem, dlaczego niektóre akapity postanowiły być fioletowe. Jutro spróbuję jeszcze raz z nimi pogadać i przekonać, żeby jednak były czarne. Obiecuję.

(OPIS SAMEGO EGZAMINU JEST NIIŻEEJ)

Tego samego dnia, po egzaminie, ruszyłam już w drogę do Warszawy. Wieczorem miałam załatwione wejściówki do teatru (o tym za chwilę), więc nie było mowy o zwiedzaniu Łodzi. Z resztą... nie urzekła mnie na tyle, żebym chciała tam dłużej zostać. W pociągu zdążyłam odpisać na kilka SMSów i usnęłam. Na szczęście ocknęłam się przed Centralnym i ruszyłam do Złotych Tarasów na obiadek.

Trafiłam idealnie- jadłam pizzę na tarasie z widokiem na Pałac Kultury i Nauki. Wszyscy pozostali klienci siedzieli w środku i oglądali mecz (nadal trwało Euro, Polska nadal była w grze ;)). Przemiły pan kelner zatachał moją walizkę po trzech schódkach na taras i mogłam chwilkę odpocząć :). Co się póżniej okazało, kierownik sali był po wiedzy o teatrze na Akademii Teatralnej w Warszawie. Wszędzie można spotkać "swoich ludzi" :D

Oczywiście, jak zwykle, zmiksował mi się czas i w momencie, kiedy powinnam być już w połowie drogi do Teatru Roma, gdzie wybierałam się na spektakl, przebierałam się w wyjściową sukienkę w toalecie w Złotych :P Potem pobiegłam (tak! Pobiegłam z moją ogromną walizką, poduszką-świnią pod pachą i w małej czarnej i zadawałam sobie pytanie "Czemu biegam w kiecce po centrum Warszawy!?") pytając ze cztery razy o drogę na spektakl. Ale zdążyłam! Byłam chyba 4 minuty przed rozpoczęciem, ale byłam! Odprowadziłam walizeczkę do szatni i pobiegłam na salę.

"Tuwim dla dorosłych" był zdecydowanie wart obejrzenia! Kiedy jedna z aktorek zaśpiewała "Ptasie radio", szczena opadła mi do podłogi i ogarnęło mnie ogromne niedowierzanie, że ktoś potrafi tak śpiewać O.o Następnym niezapomnianym momentem było wykonanie "Całujcie mnie wszyscy w d*pę" (klik, 18+), które znałam w ich wykonaniu już długo i jak usłyszałam tę piosenkę na żywo, to miałam ciarki na całym ciele.

Następnego dnia wstałam o 8:30 i o 10:18 pojechałam autobusem na Miodową. Pod Akademią Teatralną byłam o 10:47, a egzamin był dopiero na 11:30, więc zaczęłam się rozglądać za jakimś kościołem, żeby zawierzyć kolejny egzamin Górze. Odwracam głowę i niedaleko widzę (i nie dowierzam!) bardzo charakterystyczny budynek, który stoi naprzeciwko Katedry Wojska Polskiego, w której to zawsze odbywa się msza święta na zakończenie rajdu harcerskiego Arsenał. Byłam tam 3 razy! Raz nawet w nocy. Szłam z każdej strony, ale nie od Miodowej >.<

Ale! bardzo dobrze się stało. Na tej mszy zawsze jest taki tłok, że nigdy nie widziałam, jak wygląda wnętrze i ołtarz tej Katedry. Poszłam więc się pomodlić, skupić i ruszyłam na egzamin.

(EGZAMIN)


Przy wejściu spotkałam chłopaka, którego widziałam też w Łodzi i w myśl zasady "koniec języka za przewodnika", spytałam co mam teraz zrobić. Musiałam przejść do a'la foyer i odnaleźć swoje nazwisko na jednej z list. Panowało tam lekki zamieszanie, było sporo ludzi. Tu ktoś się rozśpiewywał, jakieś grupki znajomych rozmawiały o egzaminach, ktoś szukał długopisu, ktoś kartki i tak dalej i tak dalej. W każdym razie: byłam trzecia w Komisji nr 1.


Poszłam do toalety, rozgrzałam twarz i wróciłam do "poczekalni". Za chwilę przyszedł student I roku (w Warszawie, studenci byli tacy bardzo "yolo"- uśmiechnięci, zagadywali, żartowali, bardzo wyluzowani, zero spiny) i zaprowadził pierwszą piątkę z mojej komisji do innego budynku. Poprzychodzili też studenci od innych komisji i pozabierali swoich ludzi. 


Chłopak, który był pierwszy na mojej liście nie przyszedł na czas dla zainteresowanych: to nie był dla niego koniec. Studentka, któa nami się zajmowała, dzwoniła do niego i po prostu wchodził jako ostatni), więc weszłam jako druga. Komisja wyglądała bardzo sympatycznie - od początku do końca. Podałam im listę swoich utworów (mały przyps: miałam wydrukowaną listę, przygotowaną jeszcze w domu, ale musiałam się coś bardzo zamyślić i w pierwszej pozycji wpisałam "Pani słowikowa", zamiast "Spóźniony słowik" i musiałam przepisać listę na czysto, ale ręcznie.... >.<) i poprosili mnie, żebym stanęła na bardziej oddalonym od ich biurka krzyżyku naklejonym na podłodze.

Przewodniczący komisji (starszy pan, bardzo miły): Co pani powie jako pierwsze?


Ja: "Spóźniony słowik"


P: Proszę bardzo


Ja: (mówię)


P: No to teraz może fragment "Kalejdoskopu"? (przyp. "Kalejdoskop"- Danielle Steel, monolog jednej z córek Solange, pełen zarzutów i złości)


J: Dobrze. (mówię)


P: To teraz proszę stanąć tu, bliżej i powiedzieć fragment "Z zabaw i gier dziecięcych"

J: (mówię)


I to wszystko. Koniec egzaminu. Jakieś 5 minut, jak w Łodzi... Wszystkie teksty dali mi powiedzieć do końca, a ja byłam zadowlona. Nie byłam już tak strasznie zestresowana przed i w trakcie egzaminu, jak w Łodzi, gdzie stres był porównywalny do tego przed pierwszym egzaminem na prawko. W Warszawie, było bardziej jak przed spektaklem- był stresik, lekkie napięcie, ale wszystko pod kontrolą. 


W oczekiwaniu na wyniki poszłam sobie na rynek zjeść lody i popisać w tym moim "pamiętniku". Siedziałam sobie w kawiarence na dworze (była piękna pogoda) i obserwowałam Syrenkę.


Ogłoszenie wyników miało w Warszawie bardzo stresującą formę. Mieliśmy się zgłosić z tyłu budynku i stanąć w kolejce. Przy stoliku siedziały trzy panie (jak Pytie...) ze stosem dokumentów każda. Podawało się pani swoje imię i nazwisko, a one szukały. Jeśli COŚ znalazły, to była to decyzja o nieprzyjęciu na jednolite studia magisterskie na kierunku aktorstwo dramatyczne. Jeśli nic nie miały- dogrywka albo II etap. Ja niestety dostałam swoją karteczkę....




Zrobiło mi się bardzo przykro, bo to był "już" drugi egzamin, a czułam, że poszło mi naprawdę dobrze... Ale ochłonęłam trochę w Katedrze i dopiero po wyjściu napisałam SMSy do wszystkich osób, które były żywo zainteresowane przebiegiem moich egzaminów. Swoją drogą: wielkie dzięki dla wszystkich tych osób, bez Was byłoby dużo ciężej (aha, bo jeszcze chyba nie wspominałam, że w tą moją podróż wybrałam się sama :P). 


Po egzaminie, chciałam jechać na 18:00 na trening do Be Active (studio Ewy Chodakowskiej), ale okazało się, że zlikwidowali już możliwość pojedynczych wejść, a najtańszy karnet (ważny miesiąc, na 4 wejścia), kosztuje 150 zł. Mmmm... Stwierdziłam, że pochodzę po Starym Mieście. Pojechałam jeszcze na Dworzec Centralny, kupić bilet do Krakowa, zrobić małe zakupy i wróciłam do mojej znajomej (Ola, jeszcze raz dziękuję, że mnie wzięłaś pod swoje skrzydła <3.) na nocleg.


Następnego dnia, byłam już naładowana pozytywną energią na kolejne miasto, którym był mój ukochany Kraków. Ale, ale! Nie tak prędko! Kiedy przechodziłam ze Złotych Tarasów na Dworzec Centralny, moja kochana walizka zaczęła szorować o podłogę. Nie musiałam długo czekać, żeby dowiedzieć się, co jest nie tak: "Kółko pani odpadło". Super. W pojedynku Walizunia vs. Małgorzata, na razie prowadziła Walizunia -.-'







Dodatkowe spostrzeżenia z Warszawy? Podoba mi się to miasto. Jest trochę dzikie, a ludzie bardzo zabiegani, ale odnalazłabym się tutaj. Zważając na przyjemną dla oka architekturę, stare budynki, piękne kościoły i trochę zieleni naokoło, jest naprawdę przyjemnie. Poza tym... tyle teatrów, wydarzeń, koncertów. Bardzo spoko. Oczywiście, nie jest to Kraków, ale w Warszawie też mogłabym mieszkać ;)




Jeszcze raz dziękuję za lekturę i zapraszam do komentowania :).

Na relację z podróży do Krakowa, egzaminu oraz czasu wolnego spędzonego w moim ukochanym mieście, zapraszam już w piątek w nocy.


Kolorowych snów :*




niedziela, 19 czerwca 2016

Egzaminy O.o

Dzień doberek!

Miałam nadzieję, że po maturze będę miała więcej wolnego czasu na bloga, ale niestety przygotowania do egzaminów mnie przygniotły.

Już jutro jadę... :D

Jestem jednocześnie podekscytowana i przerażona, nie wiem co bardziej. W ciągu najbliższych dwóch tygodni dowiem się, czy którakolwiek ze szkół teatralnych chce mnie widzieć na kolejnych etapach eliminacji, a z kolei już w połowie lipca będę wiedziała, czy chcą mnie widzieć w swoich progach od października... Czyli, właściwie w najbliższym czasie, będą się ważyć moje losy na najbliższy rok... >.< 

Ale cieszę się. Cały rok ciężko pracowałam, myślę, że dałam z siebie więcej niż 100% i mam nadzieję, że zostanie to docenione. :)

Dla zainteresowanych:
- wtorek, 21.06: Łódź
- środa, 22.06: Warszawa
- piątek, 24.06: Kraków
- czwartek, 30.06, Wrocław

Życzcie mi powodzenia, trzymajcie kciuki! <3

sobota, 24 stycznia 2015

Kraków - 08.11.14 *.*

Dzień doberek.!

Relacje z poprzednich dni mojej wspaniałej wycieczki do Krakowa można znaleźć tutaj (5 i 6-klik; 7-klik). Dzisiaj zapraszam na przedostatni dzień mojego pobytu w, jak dla mnie, najwspanialszym miejscu na Ziemi <3.
 
Stary Rynek w Krakowie <3.
 
Jak już wspominałam, lub nie, 7.11 przeniosłyśmy się na noc bliżej Starego Miasta, a dokładniej- niedaleko Wawelu. 8., w sobotę mama miała już wolne i buszowałyśmy po mieście we dwie. Najpierw wybrałyśmy się na Wawel. Byłam tam już trzy razy, ale weszłyśmy jeszcze raz, ponieważ kaplica zapiera dech w piersiach i jest dużym, ciekawym kawałkiem historii naszego kraju. Odwiedziłyśmy także Muzeum Katedralne, którego wcześniej nie zwiedzałam, a warto. Mają tam naprawdę bardzo ciekawe eksponaty (resztki koron, bogato zdobione stuły, kielichy itd.). Niestety nie mam z Wawelu żadnych zdjęć, bo, kiedy tam byłyśmy była dość brzydka pogoda i mój telefon nie radził sobie z robieniem dobrych zdjęć, a w części miejsc i tak nie można było ich robić (dlatego wrzucam inne zdjęcia z tego dnia) ;).
 

Brama Floriańska
Krótka anegdotka. Kto mnie lepiej zna, dobrze wie, że bardzo dużo piję w ciągu dnia- przynajmniej 1,5 litra. A z czym się wiąże takie częste picie.? No wiadomo. A więc przy okazji poszukiwania toaletki zainteresowałyśmy takim pomieszczeniem, gdzie też było wejście na wystawę, też były eksponaty, ale prawie w ogóle nie było ludzi. Mama weszła i spytała, czy tutaj też można coś obejrzeć. Pani powiedziała, że owszem, że normalnie za opłatą, ale jest miesiąc darmowego wstępu, tylko trzeba odebrać wcześniej wejściówki, ale niestety na dzisiaj się już skończyły, więc zaprasza nas w poniedziałek. W tym momencie poleciał standardowy tekst mojej kochanej mamy "Ale my jesteśmy aż znad morza i w poniedziałek już będziemy w domu...". Nie wiedziałam, że w mieście, w którym podczas jednego spaceru słyszy się kilkanaście różnych języków takie stwierdzenie coś da, ale... "Ah tak.? To proszę wejść.! Eksponaty zaczynają się w sali po prawej" WOW :D. Tym sposobem zwiedziłyśmy naprawdę niepowtarzalne miejsce i zobaczyłyśmy unikalne eksponaty. Byłyśmy w podziemiach starego zamku, ale nie tam, gdzie leży Para Prezydencka, czy Józef Piłsudski, ale w takich jakby ruinach, gdzie były tylko pozostałości z wczesnego średniowiecza. Widziałyśmy także odbudowane piece kaflowe, zdobione schody, wejścia, a także bardzo, bardzo stare przedmioty codziennego użytku. Naprawdę warto odwiedzić to miejsce- wejście jest właśnie niedaleko toalet ;P.
 
Kościół Mariacki nocą
Następnym punktem programu był Cmentarz Rakowicki, jednak stamtąd nie mam zdjęć- jedynie jeden straszny filmik z okolic nie wiem, jak Wy, ale gdybym prowadziła zakład pogrzebowy, to chyba nie zrobiłabym takiej... wystawy (?) xD

<tutaj powinien być filmik z obracającą się witryną z różnymi trumnami, ale niestety jest cały niebieski i słabo cokolwiek widać>
 
Gdzieś po drodze udałyśmy się na obiad, a potem na Stary Rynek. Nigdy jeszcze nie zwiedzałam Kościoła Mariackiego. Dzień lub dwa dni wcześniej weszłam do niego na chwilę, żeby się pomodlić, ale nie zrobiłam żadnych zdjęć, ani nic takiego (między innymi dlatego, że części dla zwiedzających i dla modlących się są oddzielone). Kupiłyśmy więc bilety i pozwolenie na fotografowanie. Oczywiście mój telefon BAARDZOO długo łapał ostrość, ale jakoś dał sobie radę i mam stamtąd kilka zdjęć. Wnętrze świątyni na pewno robi duże wrażenie, tym bardziej, że parę dni wcześniej, w Domu Jana Matejki widziałam szkice wielu ze zdobień, które teraz widziałam na żywo.
 
Wnętrze kościoła Mariackiego
 Wieczorem miałyśmy w planach długo wyczekiwane przeze mnie wydarzenie, a mianowicie spektakl w Loch Camelot. To kabaret (ich strona internetowa- klik; ich fanpage na Facebooku- klik) znajdujący się w Zaułku Niewiernego Tomasza, w średniowiecznej piwnicy pod klimatyczną kawiarenką, w której serwują bardzo dobrą herbatę. Pierwszy raz odwiedziłam to miejsce w czerwcu na wycieczce szkolnej. Nasza wychowawczyni, artystka z krwi i kości zabrała nas tam, jako do bardzo klimatycznego miejsca, do którego chce się wracać- oj chce.! :) Humor przedstawień bardzo przypadł mi do gustu, a poziom, na którym są ich teksty i muzyka nie pozwalają mi oglądać od tamtej pory popularnych kabaretów w telewizji. Muzyka grana na żywo, prześmieszne teksty, piękne głosy, wspaniali aktorzy (niektórzy nawet bardziej od pozostałych- wtajemniczeni wiedzą, o co chodzi ;D). Grają tylko w piątki, soboty i niedziele, więc miałam do wyboru tylko spektakle z piątku i soboty. W repertuarze było "Chodu i hop" (zwiastun z Youtube- klik1; klik2... btw- jak to dobrze, że ktoś wynalazł Youtube i mogę się na chwilę przenieść w tamto miejsce), na którym już byłam i na nie też się zdecydowałam, gdyż byłam pewna, że będziemy się wspaniale bawić.
 
 
Po spektaklu miałam okazję rozmawiać z dwoma aktorkami z Camelotu, które okazały się wspaniałymi babeczkami- bardzo otwartymi i pogodnymi. Rozmawiałyśmy ponad 15 minut (o tym, skąd jesteśmy, że uwielbiam Kraków, że bardzo nam się podobał spektakl, że chciałabym zostać aktorką i studiować właśnie w Krakowie-panie powiedziały, ze mam dobrą dykcję *.*- i o kilku innych sprawach). Jak DOBRZE pójdzie, to może uda się ich ściągnąć do naszej Filharmonii w Wejherowie... Oby <3.
 
Następny wpis będzie prawdopodobnie dotyczył mojego magicznego motywacyjnego słoiczka- zapraszam.!
PS: Do subskrypcji mailowej też zapraszam (jak to zrobić.?-> klik;)