Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Państwowa Wyższa Szkoła Teatralna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Państwowa Wyższa Szkoła Teatralna. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 sierpnia 2016

Egzamin we Wrocławiu i nie tylko ;)

Dzień doberek!

Post o moich egzaminach we Wrocławiu nie będzie tak rozległy, jak poprzednie, ponieważ mam rodzinę niedaleko Wrocka i to u nich nocowałam i spędzałam całe dnie. Będzie on więc krótszy o opisy wizyt w muzeach i tak dalej. Jednak, żeby nie było tutaj samego tekstu (bo, mimo wszystko, trochę go będzie), powstawiam foteczki z mojego listopadowego pobytu w tym mieście. Byliśmy tam na wycieczce szkolnej i wtedy dużo zwiedzałam i robiłam mnóstwo zdjęć.

Zapraszam też do lektury poprzednich postów oraz komentowania:
- wstęp (klik)
- Łódź (klik)
- Warszawa (klik)
- Kraków (klik)

(OPIS EGZAMINU JEST NIŻEJ)

Pociąg z Krakowa do Wrocławia odjechał o czasie, ale niestety po drodze zrobiło się 1,5-godzinne (!) opóźnienie. Przez jakieś 45 minut staliśmy, na przykład w Juliance. Wdzięczna nazwa, ale tyle tam stać!? Później dowiedziałam się, że to z powodu pogody poprzedniej nocy. Nad całą Polską szalały wtedy burze i wichury, a opóźnienia niektórych pociągów sięgały 10 godzin, więc w sumie nie miałam na co aż tak bardzo narzekać.

Listopad. Dawny kościół Jezuitów. Arcydzieło. Kiedy weszłam do środka,
przysiadłam z wrażenia. *.*
Kolejny miły pan wrzucił mi moją walizkę na półkę (walizka była nowa, ale zawartość ani kilograma lżejsza) i podróż minęła ok. Nadrobiłam zaległości w pamiętniku, poczytałam książkę. 

Nie mogłam już się doczekać spotkania z rodziną. Pewnie, że przez cały czas trwania egzaminów dzwoniłam do rodziców, do znajomych, kontaktowałam się z moimi instruktorami z GSA i tak dalej, ale jednak nie miałam z kim tak naprawdę porozmawiać… Jedynie ludzie przypadkowo napotkani na egzaminach, ale tak… Jeśli ktoś jest taką gadułą, jak ja, nie powinien wybierać się na takie samotne podróże, bo to grozi ciężką depresją :P

Listopad. Hala Stulecia i okolice
Trochę tęskniłam już za domem, a fakt, że we wszystkich szkołach mówili mi „do widzenia” zanim jeszcze zdążyłam rozwinąć skrzydła, nie dodawał otuchy. Po przyjeździe do kuzynki (kocham, Gabryśka :*), zaczęłam słuchać dużo Podsiadło i dopadł mnie weltschmerz. -.-‘ Na szczęście, miałam kilka dni na regenerację w znanym mi środowisku, mogłam się wyspać, nie tachać nigdzie mojej Walizuni i po prostu chwilę odpocząć.

Co ciekawe, przekonałam się też do dzieci! Na co dzień nie ma styczności z takimi małymi człowieczkami, którzy mają po 3-4 lata, a tutaj jeden skradł moje serce i lazem kosiliśmy tlawę, jedliśmy hot-dogi z mustaldą i lobiliśmy inne fajne zecy :D

29 lipca, a więc dzień przed egzaminem wybrałam się z moją kuzynką na spektakl do Teatru Polskiego na „Mayday”. Powiem tak: śmieszny, trochę lepszy niż komedie Teatru Kwadrat, ale jednak szału nie było. Gra aktorska, spoko, scenariusz ok., ale ambitne to to nie było… I było dużo dośmieszniania na siłę, czego nie lubię >.< Ale tak, czy tak, bardzo cieszę się, że poszłam, bo to teatr,w którym nigdy nie byłam, aktorzy, których nigdy nie widziałam na scenie, fajna sprawa :) 

Kiedy wybrałam się już na sam egzamin, jak zwykle, nie obyło się bez przygód. Jechałam pociągiem z Oławy do Wrocławia Głównego i następnie zaczęłam szukać przystanku tramwajowego o tej właśnie nazwie. Niestety, nie znalazłam na nim ani jednego, ani drugiego tramwaju, który sugerowało mi jakdojade. Dowiedziałam się, że trwała wtedy jakaś przebudowa, czy zmiana tras na letnie i powędrowałam na następny przystanek. Bilet całodzienny miałam już w garści, byłam też dużo przed czasem, ale jednak zaczęłam się mocno denerwować, że nie zdążę…

(EGZAMIN)

Ale zdążyłam. Poprawiłam makijaż i poszłam na piętro szukać szatni. Okazało się, że niestety nie było żadnego miejsca, gdzie moglibyśmy zostawić rzeczy albo się przebrać. Jako przebieralnie posłużyły więc toalety, a swoje rzeczy trzeba było nosić ze sobą.

Koło 12:30, bo o tej godzinie miał się zaczynać mój egzamin, pani z dziekanatu wytłumaczyła nam jego zasady i ustawiliśmy się w kolejce do rejestracji. Jak zwykle, na samym początku, trzeba było przedstawić dowód opłaty za egzamin, a w zamian dostawaliśmy listę naszych utworów do wypełnienia, z miejscem na imię, nazwisko, adres, szkołę itp.

Zanim rozpoczął się egzamin z dykcji, poznałam Michała i Natalię. Mega śmieszni ludzie, cały czas rozmawialiśmy, dodawaliśmy sobie nawzajem otuchy. W tej szkole, nie było widać na każdym rogu studentów, którzy mieliby nam służyć pomocą, dlatego każdy sprzedawał każdemu jakiekolwiek informacje, jakie posiadał na temat przebiegu egzaminów. Swoją drogą, przyjęcie ze strony szkoły i egzaminatorów, było we Wrocławiu najchłodniejsze, a ludzi poznałam tam najfajniejszych :)

Z racji tego, że dowód opłaty oddałam do dziekanatu jako piąta, jako piąta wchodziłam na komisję dykcji. Siedziało tam jakieś 6 osób, ale wszystko działo się tak szybko, że nawet dwa dni po egzaminie, kiedy uzupełniałam mój dziennik, ciężko było mi przypomnieć sobie, jak to wszystko było. Miałam stanąć w namalowanym na ziemi kółku i zaczęły się pytania. Egzamin, jak zwykle, prowadził starszy pan profesor.
Listopad. Jeden z mostów na Ostrowie Tumskim <3.

Pan: Skąd pani jest?
Ja: Z Kębłowa.
P: Ile ma pani lat?
J: 19.
P: Który raz staruje pani do szkoły teatralnej?
J: Pierwszy raz. To znaczy, w tym roku, tutaj.
P: A gdzie jeszcze pani próbowała?
J: W Warszawie, Krakowie i Łodzi.
P: Z jakim skutkiem?
J: Bardzo liczę, że dostanę się tutaj.
Komisja: *heh*

Potem miałam kolejno:
- przeczytać numer mojego dowodu osobistego (teraz już wiem, że dykcję będę ćwiczyła głównie na cyferkach, takich jak 45, 58, 76 itd.) xD,
- podejść do stolika i powtarzać za prowadzącym łamanki językowe,
-powiedzieć jeden mój tekst, jak plotkę („Spóźniony słowik”, oczywiście); przerwali mi po… nawet nie wiem ilu wersach, ale dość szybko,
- zaśpiewać piosenkę ludową – przerwali,
- zaśpiewać jedną inną piosenkę („Żegnaj kotku”- Hanna Banaszak); doszłam do połowy I zwrotki,
Listopad. Ogród japoński *.*
- wyjść.

Szybko, bez większych ceregieli, czy skrupułów. Potem miałam chwilkę czasu na przebranie się i ogarnięcie przed ruchowym (zaczynał się o 14:00). Na salę poprosił mnie młody mężczyzna i moim pierwszym zadaniem było powtórzyć po nim (przed kilkuosobową komisją) układ taneczny. Nie był trudny- łącznie 8 kroków z ułożeniem rąk w różnej pozycji i klaśnięciami. Potem dostałam od jednej pani zadanie :”Niech pani teraz zagra szamankę wywołującą deszcz. Bez dźwięków”. Ok. Szałowy ten mój układ nie był, no ale… „A teraz na panią i całą wioskę zaczyna padać grad”. Ok. „To wszystko dziękuję”.

Potem nastąpiła najgorsza, najbardziej stresująca przerwa. O 15:00 miała się zacząć komisja z interpretacji. Każdy wchodził osobno, wyczytywali nasze nazwiska, tym razem, nie po kolei. Jeśli chcieli wysłuchać, to ok. Jeśli nie- od razu wypraszali. Masakra… Zaczęło się o 15:20 (a wiedzcie, ludzie, którzy nigdy tego nie przeżywali, że tam, każda minuta, płynie baardzoo dłuugoo).

Listopad. Rynek i okolice.
W naszej turze było jakieś 25 osób, jak ja wchodziłam, to do końca zostało jeszcze jakieś 6 osób, a do tej pory, tylko 4 zostały na interpretacji. A to, że tam zostały, wcale nie oznaczało, ze przeszły do drugiego etapu. Wtedy przyszedł moment, na najbardziej przykre ogłoszenie wyników EVER.

Weszłam na salę, a tam przy dwóch ścianach, przy stołach siedziało, przy zapalonych lampkach jakieś 20-25 osób. Głos zabrał starszy pan o bardzo niskim głosie: „Dzień dobry, pani Małgorzato. Pani Małgorzato, to już koniec egzaminu.” I już, koniec. Jak policzek. Szybko i bardzo boleśnie.

Wyszłam na zewnątrz, ale nie byłam w stanie rozmawiać z pozostałymi osobami, więc poszłam na balkon się uspokoić. Aktorstwo na rok odeszło… Kiedy wróciłam do środka, nikogo już tam nie było, więc zabrałam swoje rzeczy i udałam się w drogę do domu. Po drodze wstąpiłam do MC’a, bo cheeseburger zawsze Cię zrozumie i pocieszy. :P

Zostałam jeszcze jeden dzień u rodziny (to był pechowy dzień, bo tego samego wieczoru, Polacy przegrali z Portugalią na Euro :’( ) i później wróciłam już do domu <3.

I tak się skończyła moja wielka podróż. Sprawdzian dojrzałości- to chyba przede wszystkim. Sama, z zepsutą walizką, w wielkich miastach i pociągach, ale dałam radę. Jestem teraz silniejsza w te wszystkie doświadczenia. Oprócz tego, że wiem już, jak wyglądają same egzaminy, przez ten rok ciężkiej pracy, wiem ile czasu zajmuje znalezienie tekstów, przerobienie ich, przygotowanie piosenek, czy układu tanecznego. Mogę teraz w trochę inny sposób rozplanować swój czas i całe te przygotowania.

Na pewno nie rezygnuję z GSA. Nie ma opcji. I  w przyszłym roku, jeśli Bóg pozwoli, zdaję znowu. Tak łatwo się nie poddam.

Dziękuję bardzo za uwagę, mam nadzieję, że komuś się przydały te posty. Jeszcze raz zapraszam do komentowania, a już niedługo pokaże się jakiś post o… gotowaniu… albo o jakiejś książce? Zobaczymy ;)

Tymczasem życzę miłego wieczoru i kolorowych snów :*

Na koniec, kilka pozostałych zdjęć z listopada, które już przerobiłam i są teraz zbyt ładne, żeby zostały w zakamarkach mojego komputera. <- nie wiem, czemu to jest czerwone -.-'

Piękny Ostrów Tumski

Widok ze Sky Tower

Biblioteka Ossolińskich


Przepyszne pierogi zapiekane i trzy rodzaje ciasta w Pierogarni na Rynku. Nawet, jeśli mielibyście czekać kilknaście minut- warto!

Rzeźba uliczna w centrum Wrocławia.

I na koniec, coś do obmyślenia. Prowokacyjna rzeźba "Zrób to sam".

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Kraków 07.11.14 *.*

Dzień doberek.!

Dzisiaj kolejny post na temat mojego ukochanego Krakowa <3. (poprzedni tutaj: klik).

Następnego dnia również miałam dużo czasu dla siebie, więc wybrałam się do ZOO. Będąc jeszcze w domu zaplanowałam wycieczkę w to miejsce, ponieważ było dość blisko od naszego "świetnego" noclegu. Okazało się, że niestety do ZOO nie prowadziła żadna droga, a dzielił mnie od niego las, więc musiałam zjechać autobusem numer 409 do centrum i z centrum następnym autobusem do ZOO. Przy czym w przypadku linii 409 autobus to dużo powiedziane- to był raczej busik, wielkości tych jeżdżących po Zakopanym ;P.


W ZOO ostatni raz byłam jak miałam jakieś 8 lat, razem z moją gromadą zuchową, dlatego tym razem byłam podekscytowana jak małe dziecko. Weszłam do środka zaraz po otwarciu, więc przez większość czasu chodziłam pomiędzy zwierzątkami całkiem sama. Przynajmniej mogłam się z każdym przywitać i porozmawiać (rozmowa ograniczała się zazwyczaj do: "No Elo, ale jesteś śmieszny/fajny/straszny/śliczny. Ej, ej nie odwracaj się- robię zdjęcie. No wiesz co.?") i nikt nie patrzał się na mnie jak na gupka :D. Widziałam żyrafy, zebry, mnóstwo śmiesznych ptaków i małpek, tygrysy, pantery (które były najbardziej przerażające), a także lwy, słonie i wiele innych. Najbardziej podobało mi się w zaciemnionej części ZOO (wchodzi się do pomieszczenia i obserwuje po cichu zwierzęta nocne za szybką). Co prawda większość zwierząt spała i nie byłoby w nich nic nadzwyczajnego, gdyby jedna małpka się nie obudziła (nic nie mówiłam, nie robiłam zdjęć ani nie pukałam w szybkę - sama się obudziła.!) i na POPATSYŁA *.* (<-- i ta minka najlepiej odzwierciedla wygląd tej małpki). Otworzyła jedno oczko, potem drugie, zamrugała i z powrotem wtuliła się w swojego towarzysza (to było konkretnie to zwierzątko: klik). Niestety w ciemnej części ZOO było ciemno (niesamowite.!) i nie udało się zrobić żadnego zdjęcia tych uroczych stworzonek.



Był też oddzielny budynek na gady i płazy oraz ryby. Znaleźć tam można przerażającego węża Boa, pająki, żółwie, piranie i... ŚWIAT NEMO.! *.*


  Obok klatki z lemurami stała taka tabliczka. Na zdjęciu tego dobrze nie widać, ale jest tam napisane: "Lemurem z krakowskiego ZOO opiekują się człowieki od FRUGO" (powinien być jeszcze podpis: Potwierdzam- Król Julian :D). Nie wiem na czym ta ich opieka polega, ale podoba mi się- daję okejkę :D.

Po zwiedzeniu całego ZOO wróciłam do naszego miejsca noclegowego, porwałam mamę i przeprowadziłyśmy się bliżej centrum. Po drugiej stronie mostu miałyśmy Wawel, więc właściwie kilka przystanków tramwajem i byłyśmy już w pobliżu centrum Starego Rynku. Następnym punktem programu był Teatr Bagatela. Przed wyjazdem szukałam czegoś ciekawego w ofercie krakowskich teatrów. Brałam pod uwagę Teatr Stary, Ludowy, Słowackiego i Bagatelę. Wybrałam ten ostatni, ponieważ stwierdziłam, że nie będziemy miały głowy na oglądanie czegoś głębokiego i ciężkiego, a Bagatela proponowała "Wieczór kawalerski", który jako film można by zakwalifikować jako komedię romantyczną. Krótki opis, zdjęcia, obsadę oraz zwiastun są tutaj (klik). Serdecznie polecam- można się uśmiać do łez. A samą Bagatelę zapamiętałam dobrze z mojego czerwcowego wyjazdu- przechodziliśmy koło tego teatru codziennie, gdyż niedaleko mieliśmy wtedy nocleg.


Jestem taki Mądry Zdzisek, że formą mojego pamiętnika z Krakowa były SMSy wysyłane do rodziny i znajomych zapisane w notatniku. Po powrocie z restauracji, do której udałyśmy się z mamą na kolację po spektaklu, napisałam (bodajże do taty): "Kraków jest piękny, ale poznawanie go od rana do wieczora jest niesamowicie męczące. Kładziemy się więc spać z kurami, żeby nabrać sił na kolejny dzień. Jutro Wawel, cmentarz Rakowicki, muzeum w podziemiach Sukiennic i Loch Camelot". A więc to pojawi się w następnej notce o Krakowie. Zapraszam :).

Na koniec wrzucam jeszcze fotkę spod mojej przyszłej szkoły (oby :D), obok której przechodziłam, co prawda, dnia poprzedniego, ale w tamtej notce było już tyle zdjęć, że przeniosłam je tutaj ;P.

Następnym postem będzie parę słów na temat styczniowego SHAPE'a :). Zapraszam.!